niedziela, 14 lutego 2016

Instagram

Dawno mnie tu nie było, ale postanowiłam dać wam znać, że żyję. :) Raz jest lepiej, a raz gorzej, ale żyję.
Chciałam was zaprosić na mój instagram, który jest poświęcony chorobie i zdrowieniu. W obrazowy sposób pokazuję tam, jak widzę świat podczas ataków paniki. Moje oczy działają wtedy inaczej niż u zdrowych ludzi i staram się przerabiać zdjęcia tak, żeby dało się to zrozumieć i żeby przez chwilę można było poczuć się jak ja. Zapraszam:
https://www.instagram.com/my_struggle_/

niedziela, 11 listopada 2012

:) Wielkie zmiany

Przeprowadziliśmy się :) daleko, do zupełnie innego miasta, wielkiego i obcego i chociaż cała wyprowadzka okupiona była pogorszeniem się mojego samopoczucia, to uważam, że było warto, chociaż mi gorzej, chociaż mam więcej paniki i stare lęki chwilowo wróciły z dosyć dużym natężeniem, to jednak wiem, że to wszystko wynika z przeprowadzkowego stresu i braku poczucia bezpieczeństwa. Na dzień dzisiejszy w nowym mieszkaniu mi się nie podoba, o ile całym miastem jestem zauroczona (chociaż w kółko się gubię i nie wiem gdzie jestem, bo mam zerową orientacje w terenie :D ), i naprawdę się cieszę że tu jestem, to jednak dom mi trochę nie odpowiada, pewnie przez to, że jeszcze na pudłach "siedzimy" i wszędzie bajzel jest, jak się zadomowię, to pewnie polubię to miejsce, bo nie ma tu nic złego, nooo może z wyjątkiem tego, że kiepski zasięg internetu tu tam, a niby duże miasto... -,-
W takim razie... zaczynamy od nowa. :) Fajnie. :)

środa, 4 lipca 2012

Upał

Nienawidzę upałów, to chyba najgorsza pora roku. Zawsze to samo. Gorzej się czuję, mam więcej paniki, co chwilę robi mi się słabo i muszę pilnować żeby nie wkręcać się w te klimaty zbyt bardzo, bo wystarczy, że przesadnie skupię się na objawach to normalnie będzie po mnie, bo wpadnę w to użalanie i złe samopoczucie po uszy. Ledwo żyję i nie mogę się doczekać do jesieni. W ogóle nie wiem kto i po co wymyślił, żeby latem było gorąco. -,-

czwartek, 31 maja 2012

Jak pies z kotem



Ostatnio tylko zdjęcia daję... -,- Rozpiszę się niebawem. Sporo się dzieje i chwilowo nie potrafię się zebrać.

sobota, 26 maja 2012

Kot się chyba zadomowił :)



Wstępnie otrzymała imię Misia, z czasem się okaże czy zostanie Misią już na zawsze, czy może jakieś inne imię się do niej "przyklei".

piątek, 25 maja 2012

Kota mam :)


A raczej koteczkę. Cudna prawda? :D Baaaardzo tęskniłam za kotkiem w domu, no to mam czego chciałam, teraz mi lata po domu i pięty moje własne osobiste podgryza. -,-

niedziela, 6 maja 2012

Wyrabiam się :D

Taaak, nie da się ukryć, że idzie mi coraz lepiej.  Wychodzę z domu, jeżdżę po mieście, rozmawiam bez problemów z  ludźmi, odwiedzam dawno nieodwiedzane miejsca, albo takie całkiem dla mnie nowe i czuję, że się wyrabiam. Oczywiście, że to wszystko nie jest takie łatwe jakby mogło się wydawać, nadal miewam ataki paniki, no ale cóż z tego, jeśli razem z nimi i tak mogę normalnie żyć i funkcjonować.

Dzisiaj na przykład trochę mi gorzej.
Pojechaliśmy z Mariuszem na starówkę i panika mnie dopadła tuż po wyjściu z tramwaju. Pospacerowaliśmy, później ponad godzinę siedzieliśmy w empiku, potem na pizze poszliśmy, cały czas we trójkę: Mariusz, ja i panika. -,- Trzyma mnie małpa do teraz, chociaż już dawno jestem w domu. Dojechaliśmy bez jakiś nieoczekiwanych przygód, wszystko jest dobrze, a i tak się źle czuję, źle to za małe słowo, czuje się paskudnie. Nie wiem co mam z głową, ale jakoś nie toleruję starego miasta, źle na mnie działa, źle się tam czuję, mam całą masę okropnych wspomnień i takie dziwne "klimaty" zawsze mnie dopadają za każdym razem kiedy tam jestem, więc panika ma wtedy szerokie pole do popisu. I tylko tak się potem zastanawiam po co znowu chciałam tam jechać.... Muszę się przespać chyba.

Ale za to wczoraj miałam świetny dzień. :D Odwiedziła mnie kumpela i spędziłyśmy bardzo miło czas, oby tak częściej, bo było naprawdę super i bardzo miło mi było Ją gościć w swoim domu i w moim mieście.
Potem aż sama z zadziwieniem obserwowałam jak dobrze sobie radzę w zupełnie nowych sytuacjach i nawet trochę dumna z siebie byłam. :D Nooo i doszłam do wniosku, że bycie kobietą może być naprawdę bardzo fajne i przyjemne. Uczę się dopiero teraz, bo zawsze byłam chopczycą. Nie lubiłam tego, że baba ze mnie. No, bo baby są słabsze i zawsze mają gorzej. Naprawdę tak myślałam, bo tego się nauczyłam w patologicznym domu. Teraz mi się to zmienia i jestem szczęściarą, bo mam taką kochaną moją babę koło mnie, która oprócz tego, że jest wspaniała i mogę z Nią zawsze o wszystkim pogadać i dogadujemy się naprawdę w pół słowa, to dodatkowo jeszcze ma taki dar, że umie np podciąć i pofarbować włosy, powie jak się używa odżywki i jakie buty pasują do jakich spodni.  Kobity jednak fajne są i wcale nie są gorsze od facetów i jestem szczęśliwa, że w swoim otoczeniu mam aż dwie wspaniałe kumpelki, które są niezastąpione i nie zmieniłabym ich na żadne inne. :) Pewnie będą to czytały, więc uściski im ślę. Niestety są trochę daleko ode mnie ale odkąd zrobiłam się "mobilna", to też nie jest problemem, tym bardziej, że istnieje coś takiego jak telefon i internet.

piątek, 27 kwietnia 2012

Coś nowego :)

Sezon rowerowy w pełni. :)
Pamiętam kiedy rok temu uczyłam się wychodzić z domu na rower i pamiętam też ile wysiłku kosztowało mnie odjechanie od domu na kilka metrów. Pamiętam jak miałam ataki paniki i jak się strasznie, potwornie czułam, to był ogromny wysiłek, ale jednak uparcie dzień po dniu wychodziłam żeby pojeździć. Dzisiaj z radością obserwuję jak mi się jednostki miary skróciły w głowie.Niesamowite to jest. :)  Teraz 1km to dla mnie nic wielkiego, a kiedyś małe 50m od domu to była wielka wyprawa jak na Everest. Cieszę się, że rok temu byłam taka dzielna, uparta i konsekwentna, doceniam to co zrobiłam sama dla siebie i teraz dzięki tamtej ogromnej pracy mogę sobie jeździć gdzie chcę i jak chce i nawet jeśli dostanę po drodze paniki, to nic wielkiego się nie dzieje i nadal się cieszę wycieczką. Na rower chodzę sama, bo Mariusz niestety ciągle jest w pracy, z nim by mi było weselej, ale też sobie myślę, że takie samotne wyprawy mają swoje plusy. Wtedy wiem, że mogę liczyć tylko na siebie i sama siebie mogę wtedy przekonać, że potrafię całkiem sporo osiągnąć. Ostatnio wybrałam się na rowerze na naszą wiochę. Łącznie tamtego dnia przejechałam z 40 km. Pogoda była  fajna, bo słońce świeciło, ale wiatr był paskudny tak bardzo, że kilka razy zwątpiłam i musiałam sobie robić przystanki. Miałam w drodze powrotnej ataki paniki, ale były one lajtowe, więc spokojnie sama sobie poradziłam. W pewnym momencie utknęłam, w drodze powrotnej. Przede mną z 20 km do przejechania a ja czuję, że siły nie mam, bo wiatr wiał mi prosto w twarz, a ja przecież kiedyś tak bardzo się bałam tego paskudnego wietrzyska. Teraz mi został raczej sam strach przed strachem :) wiatru się nie boję, tylko tego, że mogę zacząć się go bać. :) Zakręcone to, ale tak właśnie mam. Kiedy utknęłam na tej wsi, to sobie pomyślałam, że czy tak czy tak jakoś dotrę w końcu do domu, że przecież mi się nie śpieszy i mogę sobie na przykład odpoczywając porobić zdjęcia. Tak też zrobiłam i wyszły mi całkiem ładne. Czułam się bezpieczna w 100%, znałam tę trasę na pamięć. W czasie robienia zdjęć uspokoiłam się i odpoczęłam i mogłam kontynuować powrót do domu. Zadzwoniłam też do Mariusza, żeby mi dodał odwagi, bo czasami mam tak, że nie wierzę sama w siebie i bardzo wtedy potrzebuje, żeby ktoś mi bliski powiedział, że on we mnie wierzy. Wiem, wiem, głupiutkie to, ale myślę sobie, że kiedyś nauczę się wierzyć sama, a teraz jeszcze troszkę potrzebuję wsparcia. :)
W końcu po jakimś czasie dotarłam do domu wykończona ale szczęśliwa. Teraz wiem, że poradzę sobie w najróżniejszych sytuacjach i że naprawdę mogę liczyć na siebie.
Ostatnio też odkryłam coś zupełnie nowego. :D Jak nagle rower zacznie szwankować, to można pójść sobie z nim do sklepu rowerowego gdzie miły pan go naprawi. Wystarczy tylko otworzyć gębę i zagadać. Byłam bardzo mile zaskoczona kiedy się okazało, że jednak potrafię rozmawiać z całkiem obcymi ludźmi i żadna tragedia mi się nie dzieje, ani nie mam paniki ani język się nie plącze. Wystarczy być sobą i po prostu porozmawiać, dzięki temu można nawet dostać zniżkę. :) Pozdrawiam wszystkich panów ze sklepów rowerowych którzy pomagają "biednym" i "bezsilnym" kobietom, które się nie orientują jak wymienia się pedały czy dętkę i wcale nie wiedzą, że łańcuch to trzeba naoliwić. :)
A teraz pójdę... pojeździć i radzę Wam, zróbcie to samo, bo pogoda dziś wyjątkowo "rowerowa". :)

środa, 18 kwietnia 2012

Strachy na lachy

Tak się bałam.
Tak strasznie.
Tak się tym zadręczałam i nakręcałam.
I co? Okazało się, że całkiem niepotrzebnie.

Poprzedni weekend widziałam jako katastrofę, której na pewno nie przeżyję. No bo przecież jak można przeżyć coś tak strasznego? No jak? Przecież się nie da. Umrę na pewno w męczarniach. A umrę nie z paniki czy roztrzęsienia, tylko zginę marnie z tęsknoty.
Wszak mój ukochany Mariusz, mój jedyny i najdroższy, opuszczał mnie na cały weekend, bo jechał do pracy do innego miasta. A przecież weekend to całe paskudne 3 dni i 2 noce, wieczność normalnie. A ja bez mojego ukochanego jeszcze nigdy nie spałam, chociaż już 10 lat jesteśmy razem. Nigdy na tak długo się nie rozstawaliśmy. No przecież to tragedia nie do opisania i już żegnałam się z tym światem, bo na pewno tego nie przeżyję. Ja biedna znerwicowana, całkiem sama i samotna przez tyle godzin, na pewno wydarzy się coś strasznego, a ten mój bidny Mariusz to na pewno sobie nie poradzi -,- na pewno go napadną i zabiją, bo przecież ten świat taki niebezpieczny jest.
Tak się właśnie nakręcałam i robiłam to dopóki się nie zorientowałam, że to robię. Potem zaczęłam podchodzić do tego z odrobiną humoru i jak przyszło co do czego, to się okazało, że wcale samotna nie jestem, bo przecież wymyślono coś takiego jak telefon i mogłam sobie godzinami gadać i smsować z przyjaciółmi, na których zawsze liczyć można i są niezastąpieni. Mariusz do mnie też dzwonił kiedy miał mniej pracy. Uznałam, że jest przecież dorosły i na pewno da sobie radę i moja kontrola i tak nie ma takiego zasięgu żeby panować nad cudzym życiem, więc wyluzowałam i chociaż tęskniłam i Mariusz też tęsknił to się okazało, że wszystko jest do przeżycia. I teraz już wiem, że wcale samotna nie jestem i wiem też, że to nawet fajne czasem się troszeczkę stęsknić za sobą. Niedzielne popołudnie było super, ekstra i gdybyśmy się za sobą nie stęsknili, to pewnie też by fajnie było jak zwykle, ale może nie aż tak fajnie. Poszliśmy sobie na spacer, trzymaliśmy się za łapki i cała resztę dnia spędziliśmy razem i było naprawdę super.

niedziela, 8 kwietnia 2012

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Jutro

A jutro wyjeżdżam. :)
Na jeden dzień jak zwykle od jakiegoś już czasu, uwielbiam takie dni i zawsze nie mogę się ich doczekać. Mam radochę i wcale nie przeraża mnie fakt kilkugodzinnego jechania pociągiem, a nawet dwukrotnego , no bo przecież w dwie strony. Lubię jeździć pociągami, gapię się przez okno i bardzo mocno doceniam to, że mogę sobie tak jechać i podziwiać nasz świat. Jeszcze rok temu było całkiem nie do pomyślenia, żebym gdziekolwiek wyszła z domu o krok, a teraz sobie mogę jeździć gdzie chcę, więc jadąc gapie się i cieszę, a wesołe turkotanie pociągu mnie rozluźnia i uspokaja. Oczywiście, że czasami się w drodze źle czuję, albo mam atak paniki, jednak mnie to nie rusza. O wiele bardziej kuszące jest to, że się spotkam z przyjaciółmi za którymi się stęskniłam, że bardzo fajnie spędzę ten dzień, niż jakbym miała zostać w domu ze strachu przed wyjściem. Chcę tam jeździć, więc wizja paniki mnie nie przeraża. Miesiąc temu, kiedy tam jechałam to miałam dosyć mocny atak paniki, z kilkoma bardzo męczącymi objawami. W pewnej chwili aż zwątpiłam i myślałam czy nie wrócić do domu, ale po rozważeniu wszystkich rozsądnych możliwości uznałam, że w sumie siedzę w przedziale, żadna realna krzywda mi się nie dzieje, bo nie ma terrorystów, bomby ani porywaczy, więc co mi za różnica w którą stronę jadę. Byłam mniej więcej w połowie drogi, czyli tyle samo miałam do domu co do celu. Później sobie pomyślałam, że i w domu i w tamtym fajnym miejscu do którego jechałam, mam przychylnych mi ludzi, wiec zamiast wracać mogę sobie dojechać na miejsce i tak też zrobiłam. Przeżyłam ten atak, normalnie w przedziale. Czułam się paskudnie, no ale przecież już tak mam, nie umarłam, nie rozkręciłam afery, tylko przeczekałam atak siedząc z zamkniętymi oczami i rozluźniając się. Zmęczyłam się tym atakiem, ale nic poza tym mi nie było. Dojechałam na miejsce, później poszłam na tramwaj i dotarłam do celu,  fajnie spędziłam cały dzień, a potem w nocy wróciłam do domu zadowolona i w dobrym humorze.
Tak więc, jutro jadę. :D :D
Muszę iść wcześnie spać, bo wstaję po 3 w nocy.

wtorek, 27 marca 2012

Rysuję

Moja artystyczna dusza domagała się ostatnio uwagi, więc od kilku dni mam manię rysowania. Rysuję w programie graficznym na tablecie z piórkiem. Super zabawa! Koi nerwy jak nic innego. Założyłam sobie konto na DA i dodaję tam moje prace. Zawsze rysowałam tylko ołówkiem na karce, rysowanie na kompie to dla mnie nowość, więc potrzebuję nabrać nieco wprawy. Moje michowe łapki są troszkę rozedrgane, więc niektóre kreski wychodzą koślawe, ale w końcu nauczę się nie trząchać. :D Na początku musiałam ogarnąć wszystkie opcje programu, pooglądałam kilka tutoriali, bo nie miałam pojęcia jak się korzysta na przykład z warstw. Teraz już to umiem i robię wszystko automatycznie, więc całą moją uwagę mogę poświęcić na samo rysowanie. Rysowanie na kompie polecam wszystkim, szczególnie tym, którzy w wolnych chwilach lubią rysować i szukają "uspokajacza". Coś czuję, że nieprędko wrócę, do tradycyjnego rysowania na papierze, bardzo mi się spodobało, więc teraz się oddalę i pójdę rysować dalej. :)

ps, Jak na taką krótką notkę to stanowczo za dużo razu użyłam słowa "rysować", ale łiii tam. :D Rysować, rysować, rysować. Wyczuwam lekką głupawkę. :D

piątek, 23 marca 2012

Lepiej

Czasem tak już jest, że łapię doła albo robię krok w tył, każdy tak ma. Ja miałam wczoraj. Dzisiaj jest już lepiej. Kiedy człowiek podzieli się troskami z bliskimi, to przeważnie zawsze robi się lepiej. :) Wygadałam się i wypisałam i już dzisiaj wszystko inaczej widzę. Wiem, że wszystko co robię ma znaczenie i wiem, też, że robię bardzo dużo, a że czasami jest ciężej to nic nadzwyczajnego, to też trzeba zaakceptować. Moja akceptacja teraz już jest przy mnie :)
Dziś nie jestem zbytnio dumna z tego w jaki paskudny sposób sobie wczoraj dowalałam. Miałam pilnować żeby być dobra dla samej siebie, a tymczasem zaserwowałam sobie niemiłe myśli i słowa nie zauważając nawet kiedy to się dzieje, zdarza się, dlatego postanowiłam, że w nagrodę za paskudne "dowalanki" zrobię coś fajnego dla siebie w ten weekend. Jeszcze nie wiem co, może długi spacer, a może coś zupełnie innego, ale zadbam o siebie, bo przecież bardzo się staram i tak naprawdę to nie chcę nie lubić samej siebie. Będzie dobrze :) idziemy na przód, małymi kroczkami, które tak naprawdę bardzo lubię. :) Bo lepiej małymi do przodu, niż wcale.

:)

Ufff, już mi lepiej. :)

czwartek, 22 marca 2012

Dół

Dzisiaj już mi trochę chyba lepiej, bo zwlekłam się  z łóżka, łażę po domu i zrzędzę, że wszędzie bajzel, więc najwyraźniej zdrowieję. Niestety humorek mam paskudny.
Strasznie dzisiaj siebie nie lubię, nienawidzę wręcz. Ogólnie nie lubię się mniej więcej od tygodnia kiedy to zaległam w łóżku i całkowicie zaniedbałam wszystko to, co miałam do zrobienia w tygodniu. Przez to, wszystkie sprawy jeszcze bardziej mi się nawarstwiły i nie wiem jak ja od poniedziałku to wszystko poukładam i rozwikłam, bo wszędzie mam tyły. Humorek z dnia na dzień miałam coraz gorszy i zamiast otwarcie umieć to pokazać, opowiedzieć i podzielić się troskami z bliskimi, żeby jakoś mogli mnie pocieszyć, pogadać albo po prostu pobyć ze mną, to zwinnie z uśmiechem na twarzy udaję, że wszystko gra i jest ekstra. A wcale nie gra, ale nie chcę tym Mariuszowi głowy zawracać, głupoty jakieś, a on taki zapracowany, stara się i przemęczony jest, więc nie będę mu wyskakiwać z jakimiś głupimi pierdołami totalnie nieważnymi. On się stara i pracuje, a ja w łóżku leżę i nic nie robię. Totalny nierób jestem i leń nic nie warty.
Mariusz dziś coś zauważył i robił podchody, a ja rozpętałam kłótnię, bo nie chciałam mu mówić jak bardzo mi źle. Nie umiem, nie potrafię powiedzieć jak bardzo paskudnie się czuję. Nawet chyba bym chciała powiedzieć ale nie umiem, absurd jakich mało. Mam ochotę się wyryczeć, że już nawet nie pamiętam po co ja się tak meczę i tak nie warto, bo i tak mi się nigdy nic nie uda, bo i tak zawsze byłam i będę nikim, śmieciem nic nie wartym, patologia, nigdy nic się nie poprawi, wszystko co robię jest nic nie warte, bo robię za mało i za wolno. Wielkie mi osiągniecie wyjście z domu do sklepu albo załatwienie czegoś drobnego na mieście, to wszystko się nie liczy. Miliony ludzi robią to codziennie bez mrugnięcia okiem, a tylko ja taka niedorajda mam z tym problem.Te moje małe kroczki są nic nie warte, bo są za małe. Powinnam szybciej, lepiej... powinnam, a tymczasem się potykam i motam i chociaż bardzo się staram to i tak to wszystko jest nic nie warte, bo za wolno i za mało. Mamy tu i teraz bardzo realne problemy, nie ma czasu na moje potykanie się, nie ma czasu na "powoli", czas ucieka, zmarnowałam go już wystarczająco dużo, nie mam więcej. Chcę szybciej i więcej, a nie potrafię, nie umiem, zero kompletne. Wrrrr, czasem nienawidzę samej siebie.
Jest mi źle, a jeszcze gorzej jak sobie pomyślę, że nawet nie potrafię powiedzieć normalnie słowami na poważnie, że jest mi bardzo ciężko ze wszystkim. Ciężko mi z paniką, ciężko mi z obcymi ludźmi na ulicach, ciężko mi w nowym miejscu, w nowym domu, w sklepie, urzędzie, z "miastowym" hałasem, z nowym listonoszem, sąsiadami, w nocy z koszmarami i atakami paniki, których przez to moje teraźniejsze niezdrowe myślenie mam coraz więcej. To jest absurd, bo ja wiem, że takie myślenie mi szkodzi, ale nie potrafię dzisiaj pomyśleć inaczej. Zupełnie jakbym miała klapki na oczach. Zastanawiam się gdzie się podziało moje logiczne myślenie i moja akceptacja, nie ma ich tu koło mnie ostatnio. Wszystko jest źle. Wszystko co dotyczy mnie wydaje mi się tak bardzo nie ważne, cała ja jestem nie ważna, że aż nie ma sensu o tym mówić. A już całkiem nie ważne jak się czuję, nawet jak próbuję o tym mówić, to brzmi niepoważnie, bo Mariusz zaraz zaczyna się śmiać i pukać w czoło, bo myśli że żartuję, a ja nie żartuję. Mam wszystkiego dosyć, dosyć lęku, dosyć tego że jestem nierobem, który boi się własnego cienia i próbuje jakoś się wygrzebać z bagna, ale to bagno i tak silniejsze zawsze będzie, nigdy nie wygram. Mam dosyć nawet własnej siostry, która przez swoje samolubstwo od kilku tygodni robi mi darmowy wyczerpujący trening asertywności, a ja jak takie nieporadne głupie cielę nie umiem sobie poradzić, totalne dno. Jestem wściekła na siebie tak bardzo, że aż mi się gotuje wszystko w środku. Wielka złość jest we mnie. Nic nie warty śmieć. Tak bardzo chciałabym normalnie żyć, a nie umiem, bo mam milion kretyńskich ograniczeń z którymi walczę każdego dnia i czasem nie mam już siły i nie wiem po co to wszystko.
Chyba oddalę się na trochę, pooglądam jakiś bezmózgi serial, poczytam jakąś mało ambitną lekturę, albo na kwejku posiedzę, to może mój umysł potem zacznie funkcjonować z powrotem w miarę normalnie, bo dzisiaj jak widać jestem nie do życia.

wtorek, 20 marca 2012

choróbska ciąg dalszy

Nadal chora siedzę w łóżku i strasznie nad tym ubolewam, bo nie lubię tak siedzieć i nic nie robić. Czuję się źleeeee, a jeszcze gorzej kiedy widzę, że stare schematy lubią sobie powrócić. Łapię się na tym, że dostaję paniki kiedy mam katar czy kaszel, "lubię" sobie nieświadomie wkręcić, że w tym gardle to na pewno mam coś śmiertelnego, albo, że na pewno się uduszę przez zapchany nos -,- i jak zaczynam o tym myśleć i myśleć a potem gadać i zadręczać Mariusza, to sobie wtedy uświadamiam jakie to niezbyt mądre jest. Na szczęście potrafię to wyłapać i w porę sobie z tym poradzić i przypilnować żeby się nie rozkręciło do nie wiadomo jakich rozmiarów. Poczucie humoru mi w tym pomaga. To jest raczej normalne, że takie stare odruchy będą do mnie wracać, wszak wyuczyłam się ich przez lata i teraz pewnie też lata potrwa nauka nowego. Kiedyś na pewno uwolnię się od tych moich przesadnych lęków, a póki jeszcze mi dokuczają to umiem z nich żartować i takie wyśmiane robią się malutkie i całkiem niegroźne. :)

Pozdrawiam wszystkich zalęknionych i zakatarzonych tak jak ja. :)

niedziela, 18 marca 2012

Michu jest chory i leży w łóżeczku

Taaa i w sumie nic więcej pisać nie muszę. No może tylko tyle, że to na pewno jakaś śmiertelna odmiana typu "katarus gigantus" i już się żegnam z tym światem. -,- A tak na serio to czuję się parszywie i nie mam pojęcia gdzie się czymś takim paskudnym zaraziłam. Najpierw kłuło mnie w boku i strasznie bolał bark, oczywiście z moją bujną wyobraźnią wkręciłam sobie najpierw zawał, a potem raka, hahaha na szczęście dosyć szybko się uporałam z takimi myślałam, kiedy sobie uświadomiłam jakie to ja bzdury plotę, więc się do pionu postawiłam i teraz cierpię jedynie na paskudne przeziębienie. Wcześniej miałam trochę kaszlu i kataru ale jakoś to przechodziłam i leżałam tylko ze dwa dni jak miałam gorączkę. W piątek szłam na terapię, więc chcąc czy nie chcąc musiałam wstać z wyrka, ale było już naprawdę ok. Na terapii było trochę trudnych tematów więc miałam sobie taką małą panikę, która mi się tam zaczęła i męczyła przez dwa dni, taką z dusznościami, więc jak nagle wieczorem dostałam mega kataru to panika się zaostrzyła, bo nie mogłam nosem normalnie oddychać. Na szczęście mam poczucie humoru i jakoś wesoło udało mi się podejść do tej paniki i dziś mi już nie dokucza. Uznała zapewne, że to nic fajnego męczyć kogoś kto się nią nie przejmuje, więc poszła męczyć gdzie indziej. Na bark Mariusz nakleił mi wielki plaster rozgrzewający, dał do picia jakieś gorzkie coś tam i dzisiaj jakby lepiej z tym barkiem. Tylko cała reszta gorzej. Pisze bzdury bo mam wysoką gorączkę hehehe, leżę w łóżku i mam przymusowego lenia. Karat chętnie za darmo komuś oddam jakby ktoś chciał, a bolące gardło wymienię na zdrowe, wszystko booooli i och jaki bieeeedny ten Michu :D Mam nadzieję, że mi szybko przejdzie, bo jakieś takie atrakcje potrafią mi się czasem przez kilka tygodni ciągnąć. Trzymajcie kciuki za Micha, który teraz właśnie kicha. :)

Jakoś mi tak smutno trochę, z racji tego, że Mariusz pracuje 7 dni w tygodniu i ciągle sama siedzę i załatwiam też wszystko sama. Przykro i samotnie troszkę, szczególnie jak leżę chora. Szkoda, że nie mam niedaleko nikogo bliskiego, kto by odwiedził i pogadał. Na szczęście Mariusz niedługo wróci i da ciepłej herbatki i ucałuje. Nie ma to jak buziak.

Jeszcze miałam coś pisać ale zapomniałam, więc się teraz idę przytulić do podusi i wyśpię wszystkie choróbska.

środa, 14 marca 2012

Do przodu

Znowu wieki mnie tu nie było.

Mogę śmiało powiedzieć, że jest fajnie. Nadal często źle się czuję, muszę zwalniać tempo i mieć na uwadze to, że nie ma co się porównywać do całkiem zdrowych osób no i muszę brać pod uwagę ataki paniki. Nie mogę sobie myśleć, że już nigdy ich nie będę miała, bo to by było oszukiwanie samej siebie. Panikę będę miała jeszcze pewnie bardzo, bardzo długo, no ale cóż z tego? Skoro umiem sobie z nią poradzić, żyć normalnie i mnie nie blokuje i nie hamuje przed niczym. Mogę śmiało powiedzieć, że mam teraz szczęśliwy okres w życiu. Dzięki mojemu wychodzeniu z cienia, poznałam wielu sympatycznych ludzi, zyskałam przyjaciół, których nie zamieniłabym na żadnych innych, no i oczywiście mogę odciążać męża nie tylko w jakiś obowiązkach domowych typu zakupy, ale również mogę co nieco dołożyć do budżetu domowego. Jestem z siebie dumna i szczęśliwa. Moje zaniedbane  przez lata sprawy urzędowe nadal się piętrzą i wszystkie grzecznie czekają na swoją kolej, a ja powolutku moimi małymi kroczkami usiłuję się z nimi zmagać. Czasem idzie mi lepiej, a czasem gorzej. Niektóre rzeczy muszę powtarzać, bo czasami nie udaje mi się czegoś załatwić od razu za pierwszym razem, ale to żadna tragedia, świat się nie zawali i wszystko można próbować aż do skutku. Idzie mi to wolniej niż przeciętnemu człowiekowi ale nie zamierzam sobie z tego powodu robić wyrzutów, wszak wolno, bo wolno ale jednak idę do przodu i nie mam sobie nic do zarzucenia. Ponadto muszę się pochwalić, że przeprowadziliśmy się daleko do całkiem nowego miejsca i fajnie się tu odnajdujemy. Wszystko jest blisko i wszystko takie fajne i milsze, nasza ponura wiocha już mi nie doskwiera, bo została daleko za nami.

Pozdrawiam wszystkich zmagających się z lękami i trzymam za Was kciuki. Z tego da się wyjść, naprawdę. :)

piątek, 7 października 2011

Żyję, żyję :-)

Strasznie długo mnie tu nie było.
Bardzo dużo się działo w tym okresie ale jakoś nie mogłam się przemóc, żeby tu napisać. Nie wiem dlaczego, ale było mi ciężko pisać o tym wszystkim co przeżywam, być może dlatego, że te moje przeżycia nie zawsze są miłe i przyjemne.

Co się zmieniło?
W sumie sporo.
Teraz już sama dosyć swobodnie poruszam się po mieście. Nadal jeżdżę na terapię, teraz już zupełnie sama. Ataki paniki mam nadal, ale jakoś zbyt mocno nie robią na mnie wrażenia. Samotną podróż pociągiem też mam już zaliczoną, nie dość że daleko jechałam, to na dodatek kilka razy. ;)

Żyję, jestem cała i zdrowa i postaram się pisać tu o wiele częściej niż ostatnio.

wtorek, 2 sierpnia 2011

Jutro

Jutro chcę jechać sama do miasta, gdzie będzie czekał na mnie mąż. Mam stracha...jak zwykle w takich sytuacjach. :D Kciuki trzymajcie.

środa, 27 lipca 2011

Autobusy autobusy

W sobotę to było...
Zapamiętam to do końca życia...
Gigantyczna sprawa...
Michu rządzi! :D

W sobotę miała przyjechać do nas moja matka. Jest ona dla mnie kłopotliwą osobą. Mamy ze soba bardzo słaby kontakt, i bardzo rzadko się widujemy. Ostatnio widziałam ją kilka lat temu. Moja matka nie jest przykładem matki polki, raczej wręcz odwrotnie. Jest świetnym przykładem na to czego nie robić będąc matką. Wyprowadziłyśmy się z siostrą od niej jak miałyśmy 14 lat i zamieszkałyśmy z babcią. Nie chcę tutaj teraz wypisywać bolesnych wspomnień, bo miało być o autobusie.
Matka przyjechała, a ja miałam ogromny stres, bo nie znam jej i nie wiedziałam jak sie zachowywać. Dla kogoś z moimi problemami obcy człowiek w domu jest bardzo kłopotliwy. Ogólnie nie było źle, byłam sobą, więc chyba robiłam wszystko dobrze. Wieczorem matka wracała do domu PKSem. Ja sobie wtedy pomyslałam, że nie czuję się przy niej bezpiecznie i że jest ostatnim człowiekiem na świecie z którym bym chciała oswajać lęki i pokonywać bariery. I właśnie dlatego przyszedł mi do głowy pomysł żeby pojechać tym PKSem razem z nią. Nie jestem masochistką i nie robiłam sobie na złość. Chodziło o to, żeby ten pierwszy raz był o wiele trudniejszy od następnych. Autobusem będe musiała jezdzić sama, kiedy mąż będzie w pracy. Dlatego żadna filozofia pojechać autobusem z kochającym i ciepłym mężem, który przytuli i będzie trzymał za Michową łapkę. Oczywście mąż był cały czas w okolicy, bo jechał za nami na skuterze. Opowiadał mi potem, że to była najdłuższa droga w jego życiu, chociaż jechał bardzo szybko, to tak bardzo się martwił o mnie i mu się dłużyło, bo już chciał być ze mną. ( jaki kochaaany :-) ). Postanowiłam pojechać z matką, bo wiedziałam, że później za każdym razem będzie mi łatwiej. Nawet jeśli będę sama, to i tak będzie mi łatwiej niż wtedy z matką. Jakimś cudem dotarliśmy na przystanek. Całą drogę miałam atak paniki. Był dosyć mocny, ale panika miała prawo zaatakować mnie w takim momencie. Ona się przecież o mnie troszczy, pojawia się zawsze kiedy zauważy, że ja mogę być w niebezpiecznej sytuacji i daje mi sygnał żeby wiać gdzie pieprz rośnie. Trochę z nią pogadałam, że tak to się robiło kiedy ludzie żyli w jaskiniach i polowali na dzikie zwierzęta. Teraz to jest już trochę nie na czasie, i ja ją rozumiem i cieszę się, że chce mnie bronić, ale poradzę sobie jakoś, bo autobus to nie mamut i nic mi nie zrobi. Nie chciała mi uwierzyć dlatego trzymała mnie aż do momentu wsiadania do PKSu.
Ja oczywiście z Metallicą w sercu, na gębie i w uszach, śpiewałam sobie żeby dadać sobie odwagi i pomogło. ;) Metallica powina dostać nobla za łagodzenie objawów nerwicowych. :) Nagle patrzę....jedzie.... Strach mnie obleciał jeszcze bardziej. Miałam na raz chyba wszystkie objawy jakie tylko istnieją. Zgodziłam się na nie, i poszłam do przodu. Najpierw wsiedli ludzie, potem matka, a na końcu ja. Matka kupiła bilety, ale czuję, że ja też bym dała radę odezwać się do kierowcy. Już się tego nie boję. Miejsca z przodu były zajęte, więc usiadłam sobie w drugim rzędzie. Dobiło mnie to, że okno nie chciało się otworzyć, ale na szczęście nie było duszno. Drzwi się zamknęły...a ja paaanikaa...wielka gigantyczna panika z derealizacją na pierwszym planie. Na szczęście to była tylko kilkusekundowa słabość, z którą sobie dobrze poradziłam. Później zauważyłam, że jedzie się całkiem przyjemnie. Pomimo choroby lokomocyjniej nie czułam się źle (no może troszkę przy hamowaniu), miałam mietową gumę i myślę, że mi trochę pomogła. W trakcie jazdy zaobserwowałam, że przystanki nie są daleko od siebie. Kiedy by mnie złapało bardzo mocno, to dałabym radę dojechać do przystanku i wtedy wysiąść. Nawet sobie nie wyobrażacie co to dla mnie było... Ostatni raz autobusem jechałam przez chorobą, czyli ponad 7 lat temu, a teraz sobie siedziałam i gapiłam się na drogę nie przejmując się niczym. Nawet nie wiem kiedy ta droga mi zleciała. Nagle już był Toruń i musiałam wisiadać. Byłam bardzo dumna z siebie! Musiałam tylko jeszcze poczekać na męża, który jechał wolniej nż autobus. Po kilku minutach nadjechał. Odtańczyliśmy taniec radości, i całowaliśmy się na środku chodnika. Kurcze! Dałam radę!! Teraz już autobus mnie nie straszy. Wróciliśmy do domu na skuterku i byłam szczęśliwa jak nigdy.

niedziela, 24 lipca 2011

poniedziałek, 18 lipca 2011

Udało się

Na wczoraj zaplanowaliśmy sobie coś wielkiego.
Pojechaliśmy rano do miasta, zaparkowaliśmy skuterek w bezpiecznym miejscu i poszliśmy na najbliższy przystanek tramwajowy. Siedząc na tym przystanku myślałam, że padnę jak mucha. Trochę się bałam, bo wiedziałam, że zaraz wsiądę do tramwaju. Dodatkowo był straszny upał i siedzieliśmy w pełnym słońcu. Był też bardzo silny wiatr, ale jakoś ostatnio przestałam na to zwracać uwagę. Siedząc na ławeczce rozmyślałam nad tym co chcę zaraz zrobić. Byłam na to gotowa i bardzo chciałam to zrobić. Byłam pewna, że kiedy zejdą się ludzie zrobi mi się gorzej. Dlatego podgłośniłam Metallicę, ubrałam ciemne okulary i zrobiłam minę pod tytułem "Tylko się do mnie odezwij, albo zrób cokolwiek, to cię popadnę albo zjem ci psa". Metallica w takich przypadkach dodaje mi odwagi. Zawsze jest ze mną. Kiedy mam atak paniki albo przed snem, wolę spokojniejsze klimaty, ale kiedy jestem na coś zdecydowana, to taka cieżka muzyka bardzo mi pomaga. Ona bardzo współgra z tym co się dzieje w środku mnie i pewnie dlatego tak nam się razem fajnie współpracuje.
Nagle go zobaczyłam, jechał, był tylko jeden wagon, na szczęście nie było tłoku, tylko kilka osób. Tramwaj był całkiem nowy i wypasiony. :D Mąż się ze mnie śmiał, że to w nagrodę za dowagę. :-)
No nic... tramwaj zatrzymał się na przystanku, ludzie wsiedli, i przyszła kolej na mnie. Nie czułam żadnych nerwicowych objawów, no może małe podekscytowanie, ale raczej pozytywne. Nie chciałam siadać, wolałam stać przy oknie. Tramwaj ruszył, więc zaczęłam wyczekiwać tych pierwszych obajwów paniki. W myślach sobie powtarzałam "Dajesz Michu, dajesz. No daawaj tą panikę". Chciałam się trochę nakręcić, żeby sprawdzić czy panika przyjdzie, nie przyszła! A ja już miałam taką piękną wizję jak duszę się, albo mdleję w tym tramwaju, w najlepszym wypadku puszczam pawia na środku wagonu. Jednak nic takiego się nie stało! Byłam taka szczęśliwa, że uśmiech mi z gęby nie schodził. Mąż też był szczęśliwy. W końcu po tylu latach udało mi się pojechać tramwajem! Ostatni raz jechałam przed zachorowaniem, czyli ponad 7 lat temu...
Sukces.
Przejechaliśmy kilka przystanków, wysiedliśmy i na pieszo doszliśmy do skutera. Czyli, że długi spacer po mieście w upale i przy wielkim wietrze również zaliczony.

Może to się wydać głupie, ale co mi tam... Jestem pewna, że pomogło mi to, że miałam zdęcie środka tramwaju na tapecie w komputerze, oswoiłam się z widokiem. ;-)
Teraz przyjedzie pora na autobusy, z tym będzie gorzej, ale się postaram. :D

Zauwazyłam coś bardzo ważnego.
Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że w ogóle nie boję się już tego, że dopadnie mnie gdzieś panika.
Podaczas ataku paniki czuję się parszywie. Ledwo żyję, mam strasznie meczące objawy, i często naprawdę jestem przekonana, że umieram. Jednak to wszystko dzieje się tylko w trakcie ataku paniki. Kiedy czuję się dobrze, to wiem, że to "tylko" nerwica, że to "tylko" lęki i "tylko" panika. Wiem też, że to wszystko zawsze minie, nawet jeśli będzie mnie trzymać bradzo długo. Zawsze strach przed atakiem paniki bardzo mnie blokował. Dlatego się bałam wyjść z domu. Bałam się, że będę miała atak. Strach przed nim był tak duży, że skutecznie utrudniał mi normalne życie.
Teraz to wygląda zupełnie inaczej.
Teraz wiem, że będę miała atak, ale wiem też, że on minie, a ja mogę go sobie przeczekać gdzie tylko chcę, nawet w centrum miasta leżąc na trawie. Atak minie, a ja jak chwilę odpocznę będę mogła dalej kontynuować to co robiłam wcześniej. Oczywiście takie leżenie i umieranie na trawie nie należy do przyjemnych czynności, ale sądzę, że lepsze to, niż siedzienie w więzieniu, ekhm tzn w domu...
Wydaje mi się, że takie pozbycie się lęku przd paniką jest kluczem do sukcesu...

A dzisiaj rano przed 6 byłam jak zwykle na rowerze i stało sie coś niesamowitego.
Dojechalismy z mężem do miejsca gdzie się rozstajemy i ja wracam do domu, a on jedzie dalej. To jest 7km od domu, i wyobraźcie sobie, że dopiero jak zeszłam z roweru, to się zorientowałam, że nie wzięłam z domu czapki z daszkiem. Zawsze ją biorę, bo bałam się wiatru, a daszek trochę go tamował. ;-) Ale najlepsze jest to, że dopiero wtedy zauważyłam, że wiatr wieje naprawdę mocno. Wcześniej w ogóle nie zauważyłam tego wiatru. Później w drodze powrotnej już byłam świadoma, że wieje, bo robił to mi prosto w twarz, ale nie czułam żadnego lęku w związku z tym. Normalnie dojechałam do domu i czułam się świetnie.

Tak sobie myślę, że warto się starać. Warto wracać do świata żywych, i nawet warto przeżywać takie ciężkie chwile jakie przeżywałam ostatnio przez cały tydzień. Warto przeżyć to wszystko, żeby potem móc czuć się normalnie.

niedziela, 17 lipca 2011

Do przodu

Ostatnio zauważyłam, że nie moge usiedzieć w domu. Ciągle mnie gdzieś nosi. Ten weekend jest wyjątkowy. Zrobiłam kilka dużych rzeczy. Wczorajszy dzień cały spędziliśmy u mojej siostry, która mieszka daleko od nas. Dojechałam tam bez większych problemów. Dokuczał mi tylko żołądek. Byłam w szoku, że daję radę usiedzieć w obcym miejscu, gdzie jest hałas i pełno dzieci. Niedaleko siostry jest galeria handlowa, nie mogłam nie skorzystać z okazji. Chciałam się sprawdzić czy dam radę tam wejść. Panikę miałam na liście rzeczy do zrobienia, więc nie zamartwiałam się tym, że się pojawi. Weszliśmy tam, było strasznie jasno, pełno ludzi, i jakaś głośna denna muzyka. Pierwsze wrażenie nizbyt miłe, ale poszliśmy dalej. Pełno sklepów i stoisk z rupieciami, ludzie łażą, wrzeszczą, śmieja się. Całe tłumy, dzieci wyją, że chcą loda czy balonik. Wielki hałas i chaos Chyba bym nie mogła spędzać weekendu w takim miejscu. Nie wiem dlaczego ludzie całymi rodzinami wybierają się na takie wycieczki. Dzieci się tylko męczą i niczego fajnego nie doświadczają. Już bym wolała pojechać do lasu...

Weszlismy na salę kupić jakieś jedzenie.
Trochę zaczęłam się denerwować jak zobaczyłam ile ludzi tam chodzi, jakie są wąskie przejścia między regałami, i jakie długie są kolejki do kasy. No ale nic... Nie chciało mi się czekać na męża. Wolałam pójśc z nim. Nie czułam się dobrze, zrobiło mi się słabo i niedobrze, wszędzie było czuć jakiś stary olej i pieczywo. Mój żołądek nie polubił tego smrodu. Kiedy doszlismy do działu z mięsem to myślałam, że nie wyrobię. Wszędzie pełno ohydnego mięcha fuuu, zrobiło mi się słabo i musieliśmy się ewakuować. Poszliśmy po pieczywo. Tam też śmierdziało, ale chociaż nie było mięsa. Całe zakupy robiliśmy w spokoju. Bardzo pilnowałam, żeby nie robić niczego w pośpiechu. Pamiętałam o tym, żeby się rozluźniać, jak tylko poczułam jakiś napięty mięśeń. Kiedy doszliśmy do kasy, zrobiło mi się trochę gorzej. Na szczęście nie było długiej kolejki. Stanie tam i czekanie na swoją kolej to jakaś kara za grzechy. Na dodatek człowiek czuje się jak w pułapce, bo nie może sobie zostawić gdzieś zakupów  i wyjść kiedy chce, tylko musi czekać. Jednak dałam jakoś radę. Nie było tragedii. Jestem zadowolona, że to zrobiłam.
Później do wieczora siedzieliśmy u siostry i powiem szczerze, że kiedy zrobiłam się zmęczona, to nerwica dała znać o sobie. W drodze powrotnej musieliśmy zrobić sobie przystanek na atak paniki, a później bez większych trudności dojechaliśmy do domu.

Dzisiaj stało się coś lepszego!!

czwartek, 14 lipca 2011

Panikuję :-)

Stracha mam przed jutrem.
Padnę chyba zaraz na serce, albo stres mnie dobije.
Tłumaczę sobie, że to nic takiego, że tylko tam dojadę, a potem to już jakoś bedzie. Hahaha, ale i tak się boję.

Nie lubię obcych ludzi, nie umiem patrzeć w oczy, ani mówić do kogoś obcego. Nie lubię też obcych miejsc. Odkąd jestem chora to nigdy nigdzie nie wchodzę, zawsze czekam na męża na zewnątrz, a teraz będę się przełamywać. Mam nadzieję, że dam radę. W końcu to przecież ma być terapia. Tam będzie psycholog, więc co bym głupiego nie zrobiła to i tak będzie dobrze. Jakoś tam sobie ze mna poradzą, mam nadzieję...

A jeśli nie dam rady dojechać, to zrobię wszystko żeby nie mieć do siebie samej pretensji.

Genialny trening akceptacji lęku. -,-

środa, 13 lipca 2011

Telefon

W dzisiejszych czasach telefon jest niezbędnym dodatkiem. Nie da się żyć bez smsów i możlliwości skontaktowania się z każdym w dowolnej chwili dnia.
Odkąd pamiętam miałam bzika na punkcie telefonów. Znam je od podszewki. Bardzo często naprawiam zepsute komórki znajomym i rodzinie. Umiem wgrywać oporgramowanie, umiem zdjąć simlocka i znam całą masę różnych przydatnych sztuczek. Bardzo przydatna umiejętność. Nie trzeba łazić do serwisu, jak się umie zrobić to samo co oni. :)
Paradoksalnie telefony z jeden strony nie mają przede mną tajemnic, a z drugiej przysparzają wiele problemów.

Kiedy człowiek cierpi na fobię społeczną, to nie potrafi normalnie funkcjonować w społeczeństwie. Objawia się to na przykład lękiem w zatłoczonych miejscach, nie można odezwać się do obcego człowieka, cały czas wydaje nam się, że inni na nas patrzą i źle myślą, no i właśnie telefon...
Panicznie boję się rozmawiać przez telefon. Umiem odebrać tylko od kilku osób w tym mojego męża i siostry. Kiedy ktoś dzwoni z nieznajomego numeru, za nic w świecie nie odbiorę, bo lęk wygrywa. Sama z własnej woli nigdy bym nie zadzwoniła nawet na jakąś infolinię. Nie lubię obcych ludzi, czuję się głupio, denerwuję się i nie wim co mówić. W dzisiejszych czasach jest to bardzo uciażliwe. Mam pełno problemów, a tymczasem normalny człowiek robi takie rzeczy automatycznie. Jeszcze niedawno nie mogłam tego przełamać.
Ostatnio trochę nad tym pracowałam. Z pomocą zaprzyjaźnionej osoby trochę zmniejszyłam ten lęk. Najpierw rozmawiałam przez chwileczkę, ;) a później się rozkręciłam. Oswoiłam, ale niestety tylko tą jedną osobę. :D Jednak dzięki niej telefon już nie wydaje się taki straszny.

Wczoraj stało się coś ważnego. Musiałam zadzwonić do psychologa, żeby umówić się na terapię. Myślę, że już jestem na nią gotowa, że dam radę dojechać i mówić o problemach. Bardzo mi zależy.
Oczywiście najpierw wysłałam męża żeby odwalił całą robotę za mnie i sam mnie zarejestrował. Niestety okazało się, że ja muszę osobiście zadzwonić. To był dla mnie koniec świata. Oni tam sobie nawet sprawy nie zdają ile mnie to kosztowało.
Denerwowałam się całą noc i poranek. W końcu uznałam, że chce to zrobić i zrobię to. Włączyłam sobie Matallicę. Nie wiem czemu, ale zawsze dodaje mi odwagi. Metallica towarzyszy mi w takich trudnych momentach. Naładowana odwagą wzięłam telefon i...zadzwoniłam. Myślałam, że tam umrę na miejscu. Objawy były bardzo silne. Wielki lęk, bół żołądka, kołatanie serca, cały kolorowy, meczący aresnał.

Odbrała miła pani, a ja jakimś cudem wydukałam o co mi chodzi. Czułam się jak ostatnia kretynka. Pani połączyła mnie z panią psycholog i musiałam od nowa mówić o co chodzi. Byłam pewna, że nie dam rady, ale po chwili zauważyłam, że radzę sobie całkiem nieźle i nawet gadam z sensem. Umówiłam się na ten piątek. Ha! Dałam radę. :3

Teraz pozostała tylko kwesta tego czy naprawdę dam radę tam dojechać. Od kilku dni nie czuję się zbyt dobrze. Mam kilka bardzo silnych uciażliwych objawów somatycznych, robię wszystko żeby się ich pozbyć do piątku. Jeśli wychodząc z domu będę się dobrze czuła, to dam radę wszystko... Jednak biorę pod uwagę to, że może mi się nie udać.

Powiem wam w sekrecie, że boję się straszliwie. Trzymajcie za mnie kciuki. :)

poniedziałek, 11 lipca 2011

No to od nowa...

Jestem, żyję, wróciłam.
To była jakaś tragedia. Po uzmysłownieniu sobie ile jeszcze pracy przede mną. Kiedy zobaczyłam ogrom wszystkich naszych problemów, to powiem szczerze, że zwątpiłam.
Było pogorszenie. Zero spania, jedzenia, logicznego myślenia. Za to były same lęki i objawy somatyczne. Braknie mi czasami sił na to wszystko i nadzieja gdzieś ulatuje. Pojawia się strach, no bo "przecież i tak nie dam rady", i wszystko się psuje. Właśnie od kilku dni miałam taki wielki krok w tył, to nie było ani fajne ani przyjemne, mam nadzieję, że już minęło. Ale nawet z tego są różne plusy, bo troche bardziej poznałam siebie. :)
Ela uświadomiła mi kilka rzeczy (dziękuję Ci baaardzo). Po pierwsze nie mogę myśleć nad rozwiązaniami dla problmeów na które teraz i tak nic nie mogę poradzić. Za to bardzo ważne jest to, żebym robiła nadal to co robię do tej pory. Czyli malutkimi kroczkami iść do przodu. I chociaż to może wydaje mi się nic nie warte, bo nie rozwiąże naszych problemów teraz, natychmiast, to jednak przyczyni się do tego w przyszłości i muszę się nauczyć doceniać to co robię. Postaram nie stawiać się na równi ze zdrowymi ludźmi, który nie mają takich specyficznych problemów jak ja. Takie porównanie, że ktoś codziennie wychodzi do pracy, a ja się męczę nad tym żeby w ogóle móc wyjść choć na chwilkę zawsze będzie dla mnie niekorzystne. Uświadomiłam też sobie to, jak ja zawsze w bardzo zły sposób myslę o sobie. Kiedy coś mi się nie uda, to bardzo się za to obwiniam. Nawet jeśli uda mi się to za drugim podejściem, to dla mnie i tak to jest porażka. Muszę nad tym popracować. Mam też coś takiego, że jak tylko znajdę zapewnienie, jak sama sobie udowodnię(lub ktoś mi w tym pomoże) to, że jednak nie zawiodłam, że zrobiłam coś dobrego, to automatycznie wyszukuję nowych rzeczy do których mogę się przyczepić. Teraz w końcu zdaję sobie z tego sprawę i zrobię wszystko żeby to zmienić, to będzie nie tylko dobre dla mnie, ale również dla mojego rozmówcy, który nie będzie czuł się zmęczony. ;)
Tak więc, wróciłam. Mam zamiar dalej walczyć. Trzymajcie kciuki.

poniedziałek, 4 lipca 2011

Sklep zdobyty

Dzisiaj rano byłam sama w sklepie!
Mąż pojechał do pracy PKSem, pojechałam na rowerze odprowadzić go na przystanek. Kiedy wracałam sama pomyślałam, że warto spróbować. Podjechałam do naszego małego wiejskiego sklepiku. Trochę się zlękłam kiedy zobaczyłam stojących przed nim pijaczków. Zrobiło mi się gorąco i wszystko w środku mi się trzęsło. Zrobiłam minę z cyklu "bez kija nie podchodź", zeszłam z roweru i chwilę postałam żeby nabrać odwagi. Przed samym wejściem do sklepu czułam taką chwilę zawahania, żeby prysnąć gdzie pieprz rośnie, ale spokojnie odczekałam, aż to uczucie odeszło. Wtedy się odważyłam, weszłam po schódkach, a potem do środka. Ha! Dałam radę! Kilka kroków i już byłam przy ladzie. Jeszcze niedawno nie było mowy o tym, żebym odezwała się do kogoś obcego, a teraz sama powiedziałam sprzedawczyni jakie chcę bułki. Kiedy już zapłaciłam i się spakowałam to nie chciałam tak do razu wychodzić. Poudawałam, że oglądam co tam mają ciekawego, a tak naprawdę "poznawałam wroga". Szczerze mówiąc nie było się czego bać. Teraz będę się starała częsciej sama jeździć do tego sklepu. Na razie tylko rano, bo wtedy oprócz pijaczków nie ma nikogo, a w środku jest tylko sprzedawca, a później rozkręcę sie bardziej. :)

Swoja drogą, to ten nasz sklep jest taki dziwny, że by można o tym napisać kasiążkę. Niby to sklep spożywczy, i nigdzie blisko nie ma innego, a tak naprawdę nic w nim nie ma. Nie było ani mleka,  ani jogurtów, jajek, ani warzyw i owoców. Leżała jedna stara kiełbasa, na której siedziała mucha i kawałek starego kurczaka, który wyglądał jakby sam zdechł ze starości. Wszędzie  pełno pustych półek. Zapewne kiedyś tam leżały warzywa, albo inne rzeczy. Na szczęście bułki były świeże. Ale jedno tam było. W sumie dwie rzeczy, niestety całkowicie dla mnie nieprzydatne. Czyli papierosy i alkohol. I to jaki wybór! Samych papierosów było chyba z 20 róznych marek do wyboru, to samo z piwem. Normalnie raj dla kogoś kto chce sobie zrujnować zdrowie, ale za to głupiej marchewki nie było wcale, że o jabłku nie wspomnę, a myślałby kto, że na wsi sa takie rzeczy. -,-
Już teraz wiem dlaczego zawsze mąż narzeka na ten sklep i denerwuje się kiedy przejdzie taki kawał drogi do niego, a potem nic nie kupi. Naprawdę można stracić cierpliwość.

sobota, 2 lipca 2011

Marudna sobota

Okropna pogoda zepsuła nam weekend.
Mieliśmy jechać na rowerach do miasta, ale od wczoraj cały czas pada deszcz. Tak mocno leje, że nie mamy odwagi nawet próbować gdziekolwiek dojechać. W dodatku jest okropnie zimno. Weekend spędzimy w domu. Jestem zawiedziona, bo nie chcę tu siedzieć. Chcę gdzieś jechać. Cały tydzień siedzę w domu, tylko rano idę na rower. Zawsze z utęsknieniem czekamy na weekend, bo wtedy mąż ma wolne, i możemy gdzieś wyruszyć.

Teraz będziemy sobie bezkarnie leniuchować i wyśpię się za wszystkie czasy. :)
Miłego weekendu.

środa, 29 czerwca 2011

Chcieć nie znaczy móc

Przez dwa dni nic nie pisałam. Żle się czuję, myślałam, że przejdzie- nie przeszło.
I chociaż nadal co rano idę na rower, chociaż nadal mogę normalnie poruszać się po domu, i chociaż nadal odnoszę moje małe sukcesiki, to jednak nie jest tak samo jak było  jeszcze kilka dni temu.
 Jeśli chodzi o sukcesiki, to oczywiście bardzo się z nich cieszę. Wczoraj rano odprowadzając męża na przystanek dałam radę wejść do sklepu i zrobić z nim zakupy na śniadanie. Do sklepu ostatnio weszłam chyba dwa lata temu. Nie wspominam tego najlepiej, bo okropnie się czułam. Oczywiście wtedy robiłam to na siłę,
 Wczoraj miałam ochotę wejść, więc weszłam i czułam się normalnie tzn. dobrze. Nawet dałam radę się odezwać, więc w ogóle super.
Cały dzień było mi smutno i chcąc poprawić sobie humor upiekłam w nocy ciasteczka. Moja babcia nauczyła mnie je piec jak byłam mała. Uznałam, że to będzie wyśmienitym "poprawiaczem" humoru, i miałam rację.
Pieczenie ciastek na ogół nie jest niczym wyjątkowym. Jednak w moim przypadku jak zwykle jest inaczej. To był wielki sukces, bo cały czas siedziałam w kuchni, nawet gorąco mi za bardzo nie przeszkadzało. Jak sobie przypomnę, że jeszcze niedawno nie mogłam tam wejść to dostaję dreszczy.
Kiedy skończyłam piec posprzatałam po sobie i cały czas dobrze się czułam. :D Ciastek wyszło bardzo dużo. Pochowałam je do metalowych pojemniczków, obudziłam męża żeby sobie zjadł (smakowały mu), i poszłam spać. Jakiś czas nie mogłam usnąć, ale po chwili zmęczenie wygrało.

Na dzisiaj mam plany. Bardzo mi zależy, żeby jakoś dostać się do teściowej, bo tam czeka na mnie ktoś wyjatkowy. Bardzo się za tym kimś stęskniłam, i bardzo bym chciała pojechać, szczególnie, że ten ktoś w czwartek wyjeżdża na stałę do innego miasta, i w najbliższym czasie nie będzie okazji żeby się zobaczyć.
Oddałabym bardzo dużo za dobre samopoczucie. Bardzo chcę jechać, ale już czuję, że nie dam rady. Czuję się źle. Mam sporo objawów somatycznych. Czuję mojego starego kompana- ciężar w okolicach serca, są też "ulubione" duszności, ból głowy i bóle żołądka. Dziś rano na rowerze było niemiło. Cały czas się źle czułam. Akceptowałam ten stan, nie robiłam nic w nerowym pośpiechu, ani na siłę, i pewnie tylko dlatego udało mi się jakoś dojechać do domu. Później trochę pospałam, ale nawet przez sen się źle czułam. Obudziłam się w panice, i żaden objaw nadal nie ustapił.
Teraz pogoda się trochę zepsuła. Wieje bardzo silny wiatr i jest duszno. Kiedy mąż wyjdzie z pracy powiem mu, że nie jadę, żeby pojechał sam. Poryczałam sobie z tego powodu, bo bardzo chciałam jechać, ale teraz za bardzo źle się czuję. Jakbym lepiej się poczuła, to pewnie bym dała radę dojechać tam na rowerze. Teraz nie ma mowy, bo to ponad 50km w obydwie strony. Nie wyobrażam sobie przejechać takiej odległości z dusznościami i bólami w klatce piersiowej. Nie mogę się do tego zmusić, bo będzie jeszcze gorzej. Teraz muszę zrobić to, czego potrzebuje mój organizm. Muszę się uspokić i wypocząć. Ledwo żyję przez te obajwy od kilku dni.
Doskonale znam przyczynę tego stanu, dzisiaj nie chcę o tym pisać. Pewnie opiszę to jutro, bo to długa historia. Ktoś trochę mi namieszał w uczuciach. Ktoś, komu ufałam i uważałam za przyjaciela. Potem nagle się wycofał zasłaniając się egoistycznym "bo tak, i koniec. To moja decyzja", zostawiając mnie taką poranioną wewnętrznie. Najgorsze, że ja nie zrobiłam nic złego, nie mam powodów do wyrzutów sumienia. Nikomu nie polecam, szczególnie jak ktoś ma nerwicę z której próbuje jakoś się wygrzebać. Dzięki temu przez ostatnie dni gorzej się czuję. Ciągle o tym myślę, jest mi przykro i czuję się skrzywdzona. Muszę o tym zapomnieć, bo się zamęczę.

niedziela, 26 czerwca 2011

Lepiej

Dzisiaj czuję się o wiele lepiej niż wczoraj. :) Żołądek nadal mi trochę dokucza, ale już nie tak mocno.
Doszłam do wniosku, że wczoraj dałam zły tytuł notki. To nie była żadna porażka, po prostu gorzej się czułam. Nie było tam porażki, bo jednak jakoś sobie poradziłam. Cały czas muszę pamiętać o tym, że takie dni też się zdarzają. To nie jest nic wielkiego, tak się dzieje i już. Nikt nie czuje się zawsze wyśmienicie, nikt nie ma dobrego humoru przez cały czas. Nie podoba mi się to, że ja od siebie tego wymagam. Z góry zakładam, że zawsze muszę być na 100%, bo mam tyle do nadrobienia, a czas ucieka. Bardzo dużą trudność sprawia mi przyzwolenie sobie na chwile słabości, do których mam przecież prawo. Nie wiem dlaczego, ale zawsze kiedy gorzej się czuję, moja i tak już niska samoocena spada jeszcze bardziej. Wszystko widzę w czarnych lub białych barwach, co jest złe, bo są też rózne pośrednie kolory. Jeśli nie uda mi się osągnąć jakiegoś celu, który sobie wymyśliłam, to już nie jest dla mnie ważne, że się starałam. Wtedy widzę to właśnie jako porażkę, zawiodłam, jestem nic nie warta i nigdy nic nie osiągnę. Muszę nad tym bardzo mocno popracować. Przecież to wszystko nieprawda. Robię ostatnio dużo rzeczy, z których powinnam być dumna. Wykonuję cięzką pracę. Muszę przestać wymagać od siebie rzeczy niemożliwych. Do wszystkiego potrzebny jest czas, a w moim przypadku potrzeba go bardzo dużo, bo muszę nauczyć się żyć od nowa. Muszę całkowicie zmienić swoje dotychczasowe patologiczne myślenie. Już samo to, wymaga ode mnie bardzo dużo energii. W kółko powtarzam sobie, że mam prawo się czuć gorzej. Mam prawo być zmęczona, i mam prawo nie być zawsze na100%. Bardzo ciężka sprawa w moim przypadku, bo takie powtarzanie na razie daje marne efekty. :(


Mój mąż jest genialny!
W sumie żadna nowość, od dawna to wiedziałam. Hahaha
Wczoraj rozmawialiśmy o tym jak się czuję na rowerze. Opowiedziałam mu, że często mam derealizację, i to chyba od tego, że troche przeszkadza mi światło. Mówiłam też, że mam problem z tym, że ludzie się na mnie patrzą, a jak z kimś rozmawiam, to nie mam odwagi patrzeć mu w oczy.
Po powrocie od mamy mąż dał mi okulary słoneczne :D Takie sportowe, żebym miała na rower.
Już nie wspomnę, że są śliczne! :3
Że też ja sama na to wcześniej nie wpadłam. Teraz powinnam się lepiej czuć. Światło nie będzie mi już przeszkadzało, no i będę mogła próbować patrzeć ludziom w oczy, bo oni nie będą widzieli moich.
Za chwilkę jedziemy na przejażdżkę, to je wypróbuję. Mąż miał super pomysł.

sobota, 25 czerwca 2011

Spektakularna porażka

Miałam dzisiaj napisać o moich czwartkowych sukcesach, ale jednak zajmę się dniem dzisiejszym.

W skrócie opowiem, że w czwartek przejechaliśmy z mężem 60km na rowerach. Byliśmy w mieście, głaskałam tramwaj :D i jak miał postój na pętli, to 3 razy do niego wsiadłam. Za pierwszym razem uciekłam od razu, bo jak tylko weszłam, to nastąpiła katastrofa w postaci przykrych objawów takich jak deralizacja i zawroty głowy. Za dugim razem uciekłam równie szybko, ale za trzecim zostałam dłużej. Posiedziałam sobie, pooglądałam wszystko, podotykałam i poczytałam jakieś ulotki na szybach. Bałam się okropnie ale dałam radę! Na samym końcu zrobiłam sobie zdjęcie tramwaju od środka, teraz ustawiłam to zdjęcie na pulpicie komputera i codziennie oswajam się z widokiem, hahaha.
Później pojechaliśmy do teściowej i posiedzieliśmy u niej do wieczora, i wróciliśmy na rowerach do domu. W drodze powrotnej spotkaliśmy znajomego, z którym ucięliśmy sobie półgodzinną pogawędkę. Cały dzień dobrze się czułam! Było super.

Dzisiejszy dzień nie jest już taki fajny.
Umówiliśmy się z teściową, że odwiedzimy ją dzisiaj. Chcieliśmy u niej spędzić cały dzień. Nie wiem dlaczego, ale trochę się obawaiałam, bo decyzja zapadła, to tak jakby nie ma odwrotu, bo będą tam na nas czekać, cieszą się itp...
Niestety tak się złożyło, że już w czwartek wieczorem, jakieś głupie zdarzenie, nieporozumienie, tak mocno wyprowadziło mnie z równowagi, że zaczęłam odczuwać objawy somatyczne. Na początku to był zwykły niepokój, nad któym całkowicie panowałam. Niestety później doszły inne rzeczy na przykład ból żołądka i wewnętrzne roztrzęsienie. Byłam pewna, że jak się wyśpię i odpocznę to wszystko minie. Dziś rano obudziłam się i poczułam, że wszystko jeszcze mocniej mnie boli. Mieliśmy zaplanowany ten dzień i już od rana byłam niespokojna, bo bardzo chciałam pojechać do mamy, ale żołądek mnie męczył, a roztrzęsienie doprowadzało do szału.
Postanowiłam zjeść śniadanie i potem się jeszcze przespałam, ale wszystko na nic. Nic nie pomagało. W końcu zrobiło się późno, więc postanowiliśmy jednak spróbować dojechać. Wzięliśmy rowery i ruszyliśmy.
Wiatr był paskudny! Wiało mi prosto w plecy, więc w drodze powrotnej wiałoby mi w twarz. Nie czułam się z tym dobrze.
Żołądek bolał mnie coraz bardziej, do tego zrobiło mi się słabo. Nie dałam rady dalej jechać, więc podjęłam decyzję, że sama wracam do domu, a mąż pojedzie do mamy.
To nie była łatwa droga. Wiatr wiał tak mocno, że straciłam resztki pewności siebie, i panika uderzyła we mnie z ogromną siłą. Do domu miałam jakieś 7km, dzisiaj to była dla mnie ogromna odległość, chociaż w czwartek przejechałam 60km. Zrobiło mi się tak bardzo słabo, że musiałam zejść z roweru. Szłam powoli, ale robiło mi się coraz gorzej, więc walnęłam się w cieniu na trawę i próbowałam przeczekać. Leżałam dłuższą chwilę, ale to nic nie pomogło. Wstałam i cudem doczłapałam się do domu. To był dla mnie ogromny wysiłek, tak paskudnie nie czułam się już dawno, oprócz tego byłam przerażona, że jestem sama. Kiedy w domu zobaczyłam się w lustrze, to się przestraszyłam, byłam biała jak papier. Teraz nadal jest mi słabo, "telepie" mną i boli żołądek. Chyba będę musiała się wspomóc jakimiś lekarstwami. Nie mam siły na nic, więc chyba pójdę się przespać. Jest mi bardzo przykro, że mąż musiał pojechać sam, a ja wszystkich zawiodłam, chociaż bardzo się starałam. Muszę przejść na inne myśli i przestać się podświamomie przejmować rzeczami na które i tak nie mam wpływu. Postaram się już dzis nie zadręczać, mam prawo czuć się źle. W kółko to sobie powtarzam ale dzisiaj muszę powtarzać to częściej niż zwykle. :( Odpocznę sobie.
Niepokoję się tylko (no dobra, panicznie się boję), że po tej przygodzie znowu zacznę się bać wiatru i otwartej przestrzeni. Jak wróciłam do domu musiałam zasłonć okna, bo światło mnie razi. Mam nadzieję, że to nie jest powrót do przeszłości, tylko chwilowy spadek samopoczucia.
Przepraszam, że nie jestem dziś zabawna jak zwykle. Chwilowo nie mam ochoty żartować, za to mam ochotę porządnie się wyryczeć.

czwartek, 23 czerwca 2011

Dołek

Wczoraj miałam wielkiego doła.
Przez jakąś głupotę, która wyprowadziła mnie z równowagi, ruszyła cała lawina złych emocji i uczuć. Było bardzo źle, bo przepłakałam pół dnia i cały wieczór.
Doszłam do wniosku, że nie warto się dalej starać, nie mam siły. Miałam bardzo złe myśli na swój temat. Ogólnie było nieciekawie. Nie miałam siły na nic, więc poszłam wcześniej spać.
Dzisiaj wstałam jest już o niebo lepiej. Zrobiłam dziś coś co przeszło moje najśmielsze oczekiwania, jestem z siebie dumna, ale o tym opowiem w następnej notce.

Zawsze po burzy wychodzi słoneczko. :)

środa, 22 czerwca 2011

Nic na siłę

Wczoraj bardzo boleśnie przekonałam się o tym, że na siłę nic mi się nie uda.
Pojechałam na rowerze popołudniu po męża na przystanek. Całe moje ciało wołało do mnie, żebym tego nie robiła, bo jestem zmęczona. Ja jednak uparcie wzięłam rower i pojechałam
To co przeżyłam potem było największym koszmarem odkąd staram się oswajać lęki. Nadal często źle się czuję, opisuję to w zabawny sposób, bo tak jest mi łatwiej. Wolę pośmiać się z tego wszystkiego, niż pokazywać wszem i wobec jak bardzo jest źle. Ciesze się, że coraz lepiej się czuje, ale to nie znaczy, że jest już ok. To co przeżyłam wczoraj było prawdziwym horrorem, jednak nie przeszkodziło mi w dotarciu do celu.
Już przed samym wyjściem z domu odczuwałam pierwsze objawy. Bolał mnie żołądek, i czułam lekki niepokój, który z każdą minutą się zwiększał. Oczywiście zbagatelizowałam te uczucia i bardzo źle zrobiłam. Wszystko robiłam powoli, żeby pokazać samej sobie, że ta sytuacja jest bezpieczna, myślałam, że to wystarczy.
Po wyjściu z domu zrobiło się jeszcze gorzej, doszły inne objawy, a do tego sąsiedzi siedzieli na zewnątrz. Musiałam się do nich odezwać i zrobiłam to z trudem. Serce zaczęło mi walić jak szalone i dopadły mnie tak znienawidzone przeze mnie duszności. Jadnak znowu nawet to mnie nie zatrzymało, na siłę szłam dalej. Wsiadłam na rower i zaczęłam pedałować.
Bardzo cieżko mi się jechało, do przystanku mamy jakieś 3-4km, byłam pewna, że dla mie to pestka bo ostatnio dziennie przejeżdżam 16km.
Po drodze dostałam zadyszki, było mi strasznie gorąco, bo za ciepło się ubrałam. Zaczęło kręcić mi się w głowie, a ręce zdrętwiały. Jechałam tą nielubianą przeze mnie drogą i to powodowało jeszcze większy niepokój. Jeździło dużo samochodów i wszędzie było pełno ludzi, żuliki pod sklepem się wydzierały na chwiejnych nogach. Nie lubię ludzi, mam fobię społeczną. Ludzie od razu zaczęli mi przeszkadzać, byli za głośni, było ich za duzo i na dodatek się na mnie patrzyli. Myślałam, że zemdleję. Na szczęście jakoś dojechałam do celu.
Zsiadłam z roweru i od razu uderzyło mnie uczucie derealizacji- miałam poczucie, że wszystko jest jakieś nierealne, jakby nic nie było prawdziwe. To jest naprawdę straszne przeżycie, które zawsze doprowadzało mnie do jeszcze większych ataków paniki. Nie wiem czy derealizację miałam od zmęczenia, czy od jakiegoś lęku, ale wiem, że poczułam się z nią bardzo niepwenie.
Nie mogłam się doczekać kiedy przyjedzie autobus męża. Moje objawy z każdą minutą były coraz silniejsze. Zawroty głowy były bardzo silne. Kołatanie serca nie dawało mi spokoju. Miałam zadyszkę, duszności były ogromne, a do tego powietrze było ciężkie i gorące. Czułam jak krew mocno pulsuje mi w skroniach, było mi słabo, swiatło mnie raziło, wszystkie dźwięki były za głośne, no i ta derealizacja... W końcu mąż przyjechał.
Muslielśmy trochę tam postać, żebym dała radę dojść do domu. Wracaliśmy na pieszo, a dla mnie to było bardzo daleko. Byłam strsznie zmęczona, czułam się jakbym miała z 80 lat. W pewnej chwili zaczęła mnie boleć lewa strona ciała, takie bardzo silne kłucie w okolicy serca, do tego te drętwiejące ręce, oczywiście jak każdy nerwicowiec najpierw zlękłam się, że mam zawał. Na szczęscie szybko sobie przypomniałam o wszystkim czego się nauczyłam. Byłam tam bezpieczna, nic złego się nie działo, a od paniki przecież nie można umrzeć, ona zawsze przemija. Robiliśmy sobie kilka przystanków, moje samopoczucie było okropne, ale udało się nam w zględnym spokoju i bez pośpiechu dojść do domu, chociaż zajęło nam to godzinę.
Następnym razem muszę bardziej wsłuchiwać się w swoje ciało, i nie porywać się na takie wyprawy po nieprzespanej nocy, porannej 10cio kilometrowej przejażdżce rowerowej i całym dniu prac domowych.

Zapłaciłam za to wszystko jeszcze dziś rano.
Kiedy jechałam odprowadzić męża i on już pojechał w swoją stronę, a ja zostałam sama 8km od domu. Nagle znowu dopadła mnie derealizacja, dzięki niej po krótkim czasie miałam znowu większość wczorajszych objawów, na dodatek jechałam pod wiatr. Znowu pamiętałam o wszystkim czego się nauczyłam do tej pory, o bezpieczeństwie i o tym, że panika mija i tylko dlatego udało mi się normalnie wrócić do domu.
Po powrocie wzięłam prysznic i poszłam spać. Niestety przez sen miałam atak paniki i obudziłam się przerażona. Do teraz jestem trochę niespokojna, nawiedziły mnie natrętne myśli i derealizacja nadal mnie trzyma.
Dlatego dam sobie już dzisiaj spokój. Będę miała lenia, nic nie posprzątam w domu i już dziś nie pójdę na rower. Jeśli do jutra mi nie przejdzie, to też zrobię sobie wolne. Chwilowo mam dosyć spektakularnych sukcesów i bohaterskiej postawy.

"Polak mądry po szkodzie"

wtorek, 21 czerwca 2011

Oswoić potwora

 Postanowiłam pomalutku zacząć oswająć groźną bestę jaką jest autobus. Chcę powoli, bez pośpiechu nauczyć się normalnie nim jeździć. W tym celu dziś rano zrobiłam rozeznanie.
Mąż jechał do pracy PKSem, bo pogoda niezbyt fajna na rower.
Poszłam z nim. Tzn on szedł, a ja jechałam na swoim rowerze. On tak szybko chodzi, że lepiej było mi jechać, niż go gonić.
Musielismy iść tą droga której nie lubię. Było bardzo wcześnie jakaś 5:30, więc nie było ludzi i mało samochodów. Dotarliśmy do przystanku po 30 minutach. Czułam się dobrze, nie miałam żadnych objawów. Żadnych duszności, lęków, nic. Chyba mam dziś dobry dzień.
Poczekałam z mężem 10 minut na PKS... Przyjechał, drzwi się otworzyły, kierowca nie wzbudził mojego zaufania, ale pewnie był tylko niewyspany. Było pełno ludzi. Siedzenia były szare, podłoga niebieska, firanki w okienkach były pomarańczowe, a ta czarna guma na stopniach z jednej strony była oderwana (haha moja spostrzegawczość czasami mnie dobija, przecież tylko kilkanascie sekund widzialam ten autobus). PKS był taki nowszy, z wysokimi oparciami przy siedzeniach, więc teoretycznie jakbym się wcisnęła w jakieś siedzenie blisko drzwi, to nie widziałabym innych ludzi. Mąż wszedł, kupił bilet, a ja stałam sobie bezpośrednio przy tym autobusie. Czułam, że bym dała radę wjeść do środka. Stałam przy schodach, i miałam silną potrzebę dotknięcia tego "potwora". Pomacałam go sobie, no i w dotyku przypominał autobus, hahaha, nie był to żaden potwór. Całkiem normalny biało-pomarańczowy autobus. Dałabym radę tam wejsć, ale jak sobie pomyślałam, że te drzwi by się zamknęły i on by ruszył, a mnie by się od razu zrobiło niedobrze, to już taka pewna siebie nie byłam. Poczułam coś na kształt paniki. Hmm chociaż nie, to nie była panika, tylko niepokój, taki chwilowy przez ułamek sekudy, jak pomyślałam o jeździe tym autobusem. Wejść bym dała radę, ale jechać nie wiem...
Mąż wsiadł i pojechał do pracy, a ja na rowerze pojechałam jeszcze na dalszą przejażdżkę i dopiero później wróciłam do domu.
W najbliższym czasie będę nadal oswajać autobusy. Tymbardziej, że jak się okazało są łagodne i łatwo dają się głaskać. :-D Z każdym podejściem będę robić mały kroczek do przodu. Najpierw wejdę do autobusu tylko na chwilę, że niby mąż czegoś zapomniał i ja mu to podaję. :) Innym razem wsiądę normalnie i pojedziemy tylko jeden przystanek, po czym na pieszo wrócimy do domu. Z każdym dniem coraz bliżej celu. Łatwo nie będzie. Zapewne trochę to potrwa, bo muszę mieć na uwadze też te gorsze dni, ale czuję, że dam radę. Jestem przygotowana na wszystko, i wiem, że będę bezpieczna. Trzymajcie za mnie kciuki.

Podsumowując, dzięki temu, że mam dziś dobry dzień, dałam radę pogłaskać autobus! Hahahaha.

niedziela, 19 czerwca 2011

Plany

Moje życie się zmienia. Pomału przyzwyczajam się do tych wszystkich rzeczy, które jeszcze niedawno były nowością. Normalnie wychodzę z domu, normalnie wieszam pranie w ogródku, normalnie idę na rower, normalnie rozmawiam z sąsiadami, czuję się normalnie daleko od domu i kiedy jestem sama. Panika nadal się pojawia. Jest już o wiele mniejsza i pojawia się rzadziej, wszystko dzięki temu, że nauczyłam się ją akceptować. Nawet kiedy się źle czuję, to wiem, że nic złego się nie dzieje i mogę czuć się swobodnie gdziekolwiek będę. Teraz umiem robić wszystko razem z lękiem i paniką. Nawet kiedy mam jakieś silne objawy somatyczne, to umiem się z nimi pogodzić, nie przerywając danej czynności. Lęki już mnie nie ograniczają.
Wyjście na rower nie jest już niczym wyjątkowym, tak samo jak inne rzeczy. Wszystko z dnia na dzień powszednieje mi coraz bardziej. Super, to jest bardzo miłe uczucie, taki powrót do normalności.

Mam ciagłą potrzebę pracowania nad sobą, chcę odnosić nowe sukcesy, nie umiem usiedzieć na miejscu. Jest bardzo wiele rzeczy, których jeszcze nie próbowałam, a chciałabym. Ogranicza mnie zmęczenie. Wiem, że powinnam odpoczywać, bo taka praca nad sobą jest bardzo męcząca. Często obiecuję sobie, że "dziś nie idę na rower, bo wszystko mnie boli i chcę odpocząć", ale potem i tak nie mogę usiedzieć w domu i jednak wychodzę. To chyba nie jest do końca dobre dla mnie. Muszę pamiętać, że odpoczynek też jest bardzo ważny, szczególnie, że cierpię na bezsenność. Potem, kiedy jestem przemęczona nachodzą mnie jakieś złe myśli i gorzej się czuję.

Teraz bardzo bym chciała popracować nad jazdą PKSem albo pociągiem. Mam z tym ogromny problem i jeszcze nie wiem jak go rozgryźć. Jak coś wymyślę, to dam Wam znać. :)
To nie jest takie proste jakby się mogło wydawać.
Bardzo ważne jest to, żebym miała takie poczucie, że gdziekolwiek jestem, to mam wpływ na to co się ze mną dzieje, że to ja jestem odpowiedzialna sama za siebie. Lubię to, że mam wolny wybór. Kiedy źle się poczuję, to gdziekolwiek jestem mogę zawrócić do domu, albo zmienić cokolwiek będę potrzebowała. Mogę pójść posiedzieć w cieniu, mogę opuścić dane miejsce i przenieść się w inne, które bardziej mi odpowiada. Niestety w autobusie albo pociągu nie mam takiej możliwości. Skazana jestem na siedzenie lub stanie w jedym miescu aż do przystanku. Te przystanki oczywiście nie zależą ode mnie, dlatego czuję niepokój. Dodatkowo w autobusie jest zawsze bardzo dużo ludzi, jest gorąco, i przeważnie śmierdzi. Te wszystkie rzeczy powodują u mnie lęk, no i jeszcze mam gigantyczną chorobę lokomocyjną, która w połączeniu z atakiem paniki może dać mi nieźle w kość. Lubię mieć świadomość, że w każdej chwili mogę wyjść, to mi daje poczucie bezpieczeństwa. W pociągu nie będę tego miała, i dlatego czuję większy strach. Bardzo chciałabym to ogarnąć. Chciałabym pojechać z mężem nad morze, a poza tym mieszkamy na wsi, więc jak chcę dojechać do miasta, to jazda PKSem mnie nie minie. Chyba, że jeszcze trochę popracuje nad kondycją, wtedy pewnie bym dała radę dojechać tam na rowerze, tylko że to ponad 20km w jedną stronę.
Teraz ciągle czuję niedosyt. Chcę coś z tym zrobić. W najbliższej przyszłości będę nad tym pracować, bo nie chcę już czuć się na wsi jak w więzieniu.

sobota, 18 czerwca 2011

Zakupy

Dzisiaj byłam z mężem w dwóch sklepach. Pojechaliśmy na rowerach, najpierw do tego który jest dalej. Fajnie się jechało, bo powietrze po deszczu było rześkie. Pojechaliśmy drogą której nie lubię, ale tak szybko dojechaliśmy na miejsce, że nawet za bardzo nie zdążyłam się zestresować.
Ustawiliśmy rowery, ale ja nie chciałam wejść do środka. Nie za dobrze czuję się w obcych miejscach, oswajam to po mału i wiem, że niedługo będę mogła robić normalnie zakupy. Teraz jednak muszę jeszcze nad tym popracować.
Mąż wszedł do środka, a ja zostałam. Ten sklep mieści się w takim 4ro piętrowym bloku na parterze. Zostałam na podwórku obok wejścia, ale miałam pecha. Przyszedł jakiś podchmielony facecik, i zaczął rozmowę z kobietą, która siedziała w oknie na pierwszym piętrze. Stał bardzo blisko mnie i się wydzierał, więc trochę było mi niekomfortowo. Odeszłam sobie kawałak, ale nadal wszystko słyszałam. Myślałam, że zwariuję, bo zaczęli rozmawiać o ranach otwartych na plecach! Czy już naprawdę ludzie nie mają o czym rozmawiać? Co za beznadziejny temat na pogaduszki...Myślałam, że tam padnę. Zawsze byłam wyczulona na takie tematy, i czasami od samych opowieści mdlałam. Nienawidzę jak ktoś rozmawia o krwi, ranach, szpitalach czy wypadkach, od razu robi mi się słabo. Tak samo było i tym razem. Czułam jak świat zaczyna mi wirować, zrobiło mi się niedobrze. W pośpiechu chciałam posłuchać muzyki. Zaczęłam w torebce(tak Alex, w tej fioletowej od Ciebie :-) ), szukać słuchawek. Oczywiście nie mogłam ich znaleźć, chociaż torebeczka jest malutka, to i tak one się w niej zgubiły! W końcu zła wysypałam z niej wszystko do koszyka na rowerze. Czułam jak robi mi się coraz gorzej, bo opowieść podchmielonego pana nabierała kolorów. Mój żołądek wywinął się na lewą stronę, w głowie się kręciło, a na czole miałam zimny pot. Nerwowo dorwałam w końcu te słuchawki, ale oczywiście się zaplątały. Zaczęły trząść mi się ręce. Po krótkiej szarpaninie uznałam, że prędzej tam padnę niż rozplączę te kableki. Wrzuciłam wszystko do torby i odważyłam się wejść do sklepu. Slepik ciasny, załadowany towarem, gorąco jak w piekle, i dziwny zapach. Na szczęście oprócz męża i sprzedawczyni nie było nikogo. Weszłam, powiedziałam mężowi co ma kupić. Nie ustałam tam za długo, bo od tego gorąca zrobiło mi się jeszcze gorzej. Po mału bez pośpiechu (było przecież bezpiecznie), wyszłam znowu na dwór i całe szczęście, że to zrobiłam. Dwóch żulików właśnie "tesotwało" mój rower. Usłyszłam jak jeden mówi do drugiego: "To co, bierzemy?" . Tak się wściekłam, że miałam ochotę ich pobić. Podeszłam do nich, zlękli się, szybko odskoczyli i zabrali ręce z mojej kierownicy, poszli i weszli szybko do sklepu. Gdybym została w sklepie chwilę dłużej, to zapewne nie miałabym już roweru.

Mąż wyszedł po chwili z zakupami, ale okazało się, że jak to zwykle na wsi bywa, w sklepie nie było ani ziemniaków ani jajek. Jeśli ktoś myśli, że na wsi  zawsze są jajka czy warzywa to się grubo myli. Trzeba było jechać do drugiego sklepu, tego bliżej domu. Musiałam się przejść kawałek na pieszo, bo się źle czułam. Kiedy panika odeszła, wsiedliśmy na rowery i pojechalismy. Tym razem, nie wchodziłam do środka, bo sklep był pełen pijanych, ludzi którzy bardzo głośno grali w jednorękiego bandtyę. Odpuściłam sobie ten widok i zapachy, wolałam zostać na zewnątrz. Tutaj mieli i jajka i ziemniaki, ale były 3 razy droższe niż w mieście. Do miasta się dziś nie wybieramy, więc trzeba było kupić. Ach te uroki wsi...

Teraz już jestem w domu. Hahah nadal jestem blada, ale szczęsliwa, bo udało mi się dojechać i wejść sklepu. Swoją drogą, jakiego to trzeba mieć pecha. Wychodzi się na pół godziny z domu i od razu takie przygody.

piątek, 17 czerwca 2011

Wieczorkiem

Dzisiejszy dzień upłynął mi na sprzątaniu. Wypucowałam wszystko co się dało. Zmęczyłam się okropnie, ale ataku paniki nie miałam. Jestem z siebie dumna, szczególnie, że udało mi się posprzątać kuchnię. Ostatni raz sprzątałam tam sama tak dawno, że aż nie pamiętam kiedy to było. Zawsze w kuchni sprzątał mąż, bo ja nie mogłam tam wysiedzieć. Dzisiaj się odważyłam i się udało! Zajęło mi to sporo czasu. Jednak faceci sprzątają ineczej niż kobiety, dlatego było co robić hehe. W jednej chwili poczułam jakiś dziwny ucisk w gardle, ale bardzo szybko mi przeszło. Nawet jak się zmęczyłam, to nie było śladu paniki, a jakby jednak była, to bym umiała sobie z nią poradzić. Uwielbiam jak w domu jest czysto, od razu mam lepszy humor.
Ogólnie przez ostatnich kilka dni czułam się gorzej, dlatego cieszę się, że jest weekend. Poleniuchuję sobie razem z mężem, i wszystkie somatyczne objawy na pewno ustąpią.

czwartek, 16 czerwca 2011

"Prócz Ciebie nic"

Wielu ludzi chorując przez taki długi okres czasu jak ja, zostaje samych. Nie ważne czy walczą z nałogiem, lękami, czy może jeszcze z czymś innym. Wiele małżeństw sypie się, bo związki nie są w stanie przetrwać takiej próby. Jedna ze stron choruje i potrzebuje opieki tej drugiej.
Ja mam ogromne szczęście w postaci męża. Odkąd pamiętam zawsze mówiłam, że jest takim moim promyczkeim słońca, w moim zacienionym życiu. Chociaż mamy bardzo dużo problemów "z zewnątrz", to i tak zawsze powiem, że z mężem jestem najszczęśliwasza na świecie. Do szcześcia potrzebuję tylko jego.
Od samego początku museliśmy walczyć o nasz związek, bo był trochę kontrowersyjny. Ja ledwo co pełnoletania, on 11 lat starszy. Dlatego teraz potrafimy doeceniać to, że jesteśmy razem. Może właśnie przez tą walkę o nas na początku, teraz tak mocno jesteśmy ze sobą związani.

Jako mała dziewczynka zawsze marzyłam o tym, że będę miała kochajacego męża, mnóstwo zwierzaków i  malutki domek na wsi. Teraz mogę powiedzieć, że spełniły się te wszystkie marzenia. Chociaż nie przewidziałam ani choroby ani innych problemów, to jednak czuję się wyjątkowa przez to, że mam obok siebie kogoś takiego jak Ty, mężu mój najkochańszy. :)

Właśnie wróciłam z porannego odprowadzenia Cię do pracy.
Chociaż dzisiaj było mi ciężej niż zwykle, i panika trochę mocniej dawała mi w kość, to jednak jadąc obok Ciebie na rowerze, widząc Twój uśmiech, słysząc Twój radosny głos, byłam szczęśliwa, że mogę dać Ci tą odrobinę radości. Widziałam, że czujesz się świetnie z tym, że po tylu latach możemy znowu razem wyjśc na rower i przebywać z daleka od domu. To bycie razem jest dla nas obojga bardzo ważne.
Piszę to wszystko, bo chcę żebyś wiedział ile dla mnie znaczysz i jak bardzo Cię kocham. Wiem, że w wolnej chwili będziesz to czytał, i mam nadzieję, że wtedy zadzwonisz do mnie, i tym swoim ciepłym głosem powiesz, że też mnie kochasz. I chociaż mówiłeś mi to przed chwilą, i ja też Ci to mówiłam, to i tak chcę słyszeć i mówić o tym nadal.
Jesteś dla mnie najważniejszy na świecie.
Wiem, że często jestem okropna, skupiając się na swoich objawach czasami zapominam o Twoich potrzebach. Całe nasze życie dostosowaliśmy do mojej choroby. Robisz wszystko co możesz żebym była szcześliwa. Widząc mój uśmiech sam jesteś szczęśliwy, nawet jeśli musisz zrezygnować ze swoich planów.
Codziennie wstajesz godzinę wcześniej, robisz herbatkę i śniadanko, chociaż doskonale wiesz, że już nie musisz. Od jakiegoś czasu świetnie radzę sobie w kuchni, mogę już tam przebywać i mogłabym zrobić sobie wszystko sama.
Jednak Ty wolisz wstać o 4:30(!), tylko po to, żebym w ciagu dnia jedząc kanapki od Ciebie czuła się kochana.
Okazujesz mi uczucie na każdym kroku. Twoje ciepłe ramiona w nocy, kiedy mój lęk jest tak duży są najlepszym ukojeniem. Twoje ręce głaszczące moje plecy nad ranem są niczym najlepsze lekarstwo. A Twój buziak rano jest najlepszym powitaniem dnia. Wiem, że przez chorobę bardzo się zmieniłam, Ty jednak to wszystko akceptujesz i kochasz mnie taką jaka jestem. Cieszę się, że coraz częściej jestem "starym Michem", coraz częściej jestem taka jak byłam kiedyś. Widzę, że dzięki temu jesteś szczęśliwy, dlatego warto się starać, zrobię wszystko, żeby wyzdrowieć. Dzielnie niesiesz mi wsparcie i dzięki temu mam poczucie, że nie jestem sama. Mam dla kogo żyć i dla kogo się starać, uwielbiam to uczucie.
Potrafiłeś poświęcić bardzo wiele dla mnie, żebym czuła się bezpieczna mimo choroby. Często chodzisz niewyspany, bo ja w nocy znowu miałam koszmar. Dzielnie znosisz moje lęki i myśli natrętne, czasem tylko tracisz cierpliwość, kiedy musisz mi tysięczny raz powtórzyć to samo, a ja nadal potrzebuję Twojego zapewnienia. Jednak i tak mnie upewniasz w tym, że jestem bezpieczna. Powtarzasz uspokajające słowa niczym mantrę, żebym w końcu poczuła się bezpiecznie.
Przez te wszystkie lata tylko Ty cały czas jesteś ze mną. Na Ciebie codziennie czekam z utęsknieniem, a w ciągu dnia myślę o Tobie. Wiem, że Ty o mnie też myślisz. Często w tej samej chwili dzwonimy do siebie, i oboje łapie poczta głosowa :) Dziesięć lat już jestesmy razem, a ja kocham Cię z każdym dniem coraz mocniej. Dla Ciebie robię to wszystko. Dla Ciebie się staram. Chcę pojechać z Tobą nad Twoje ukochane morze i zbierać muszelki. Wiem, że prędzej czy później nam się to uda. Dla Ciebie każdego dnia walczę. To Ty trzymałeś mnie przy życiu w tych najgorszych chwilach. Gdybym Ciebie nie miała, już dawno bym się poddała. Jesteś moim bohaterem. Pokazałeś mi, że nie wszyscy ludzie na świecie są źli. Pokazałeś mi piękno świata, i wyrwałeś z czarnej dziury w której siedziałam od najwcześniejszego dzieciństwa. Nie wiem czym sobie zasłużyłam na takie wielkie szczęście w Twojej postaci, ale jestem szczęśliwa, że okazałam się tego warta.
Uwielbiam dbać o Ciebie. Lubię też dbać o nasze gniazdko, bo wiem, że fajnie się czujesz wracając do wysprzątanego domu. Czasami wkładam Ci do kieszeni karteczki z różnymi tekstami, i głupimi rysuneczkami, żebyś w trakice dnia w pracy naktnął się na to i pomyślał o mnie. Zawsze rano wstaję z Tobą, nawet jeśli zasnęłam nad ranem, żebyś nie czuł się samotny przed wyjściem do pracy. Zawsze czekam na Ciebie, i choćbyś wrócił późno w nocy, ja zawsze będę czekać i nie pójdę spać sama. Wieczorem nie usnę bez Ciebie.
Jestem do Ciebie bardzo przywiązana, muszę czuć Twój dotyk i Twoje ciepło. Wiem, że Ty potrzebujesz tego tak samo jak ja. I chociaż czasami nerwy biora górę, to i tak nie potrafimy się gniewać na siebie dłużej niż kilka minut. Uwielbiam być z Tobą. Razem śmiać się z "Pingwinów z Madagaskru", razem majsterkować przy rowerach, razem gotować (hahaha ja jestem tylko ta od mieszania w garnkach, czasem coś pokroję). Z utęsnieniem zawsze czekam na weekend, bo wiem, że nawet jakbyśmy mieli przesiedzieć cały w domu, to i tak będzie fajnie. Razem jesteśmy szczęśliwi.
Często zastanawaim się jak my to zrobiliśmy, jak nam się udało pomimo tych wszystkich problemów? Jakim cudem nadal tak mocno się kochamy, jakim cudem jesteśmy ciągle razem? Myślę, że właśnie tak wygląda prawdziwa miłość.  :)

środa, 15 czerwca 2011

Toruń

Toruń piękne miasto.
Miliony turystów z zachwytem ogląda zabytki. Dzieciaki wesoło chlapią się w nowej fontannie, do której teoretycznie nie wolno wchodzić. Studenci w każdy weekend imprezują do upadłego. Jest fajne kino, ładne parki, wszędzie pełno ogródków z piwem. Miasto tętni życiem do późnych godzin nocnych
Gdzieś tam na starówce wychowywała się mała Michu. Codziennie przeżywała swój koszmar.
Pod tą całą gotykowo-romatyczną otoczką kryje się coś, z czym ciężko się zmierzyć. Za tymi wszystkimi zabytkami, w samym centrum, na starówce kryje się patologia, ktrórą zagłuszają śmiechy turystów. Głodne dzieci plączą się wśród tłumów sprzedając pocztówki czy inne badziewie znalezione gdzieś, lub ukradzione. Dzieci zarabiają na wódkę dla rodziców alkoholików. Niestety nikt nie chce tego od nich kupować, czasami ktoś się zlituje i da  parę groszy. Dzieci chodzą często brudne i głodne, ale wszystkie pieniądze zanoszą do domu. Takie dzieci nie mają łatwego życia. Na każdym kroku są odpychane i odtrącane, no bo nie przystoi żeby mały brudas łaził wśród wypachnionych turystów z wielkiego świata.
Nikt nie dostrzega tych małych istot, które milcząc wołają o pomoc.

O dzieciach ze starówki ludzie z innych dzielnic mówią z obrzydzeniem. Bo kradną, są chamskie, biją się i nie chodzą do szkoły. Niestety nikt nie chce dostrzec tego wszystkiego z drugiej strony. Dzieci kradną, bo są głodne. Są chamskie i się biją, bo takie są patologiczne realia w których dorastają. Źle się uczą, bo nikt o nie nie dba. Poznałam wiele takich dzieci. Ja nie należałam bezpośrednio do nich, bo moje życie pobiegło trochę inną drogą, ale przyglądając się temu zrobiłam się wrażliwa na ich los, bo to są naprawdę fajne dzieciaki.

Teraz po latach nie lubię jeździć do miasta. Tam zawsze mam większe ataki paniki niż zazwyczaj. Chociaż mam ogromny sentyment do tych wszystkich starych murów, to jednak wolę poznawać nowe miejca, niż wracać do Torunia.
 Z każdym zakątkiem tego miasta, z każdą ulicą, i domem, mam związane złe wspomnienia. Jeśli możnaby jakoś je zmierzyć, to by wyszło, że wszystkie związane są z tym miastem.
Jednak pomimo wszystko nadal chcę tam jeździć. Tam jest życie, którego tutaj na wsi nie ma. Jestem mieszczuchem, i kiedyś chciałabym zamieszkać znowu w mieście, chociaż pewnie nie w Toruniu...
 Już na samym wjeździe dopadają mnie straszne wizje przeszłości. Jeszcze niedawno te uliczki, parki i domy widywałam już tylko w koszmarach nocnych, bo nie jeździłam tam wcale. Dlatego ciężko mi było patrzeć na to wszystko na jawie, kiedy w końcu odważyłam się tam pojechać, żeby świadomie zmierzyć się z panicznym lękiem, i zaakceptować go. Bardzo długo oswajałam swój lęk w mieście. Szło mi o wiele gorzej niż tutaj na wsi. Na szczęście dałam radę, i teraz tego lęku jest coraz mniej. On nadal jest, czasami silniejszy, a czasmi słabszy, niemniej jednak najgorsze jest już za mną. Teraz już wiem co robić i chcę się z tym zmierzyć. Wiem, że dam radę. Tam jest życie, którego tutaj tak bardzo mi brakuje. Zawsze jestem zadowolona z wyprawy do miasta, bo wiem, że robię coś wielkiego. Mogę znowu czuć się normalnie wśród ludzi. Stawiam czoła przeszłości, która nadal bardzo boli.
Lubię to, że po dniu spędzonym w mieście wracam na wieś, gdzie nie ma przeszłości, tylko święty spokój.

wtorek, 14 czerwca 2011

Duszności

Od pewnego czasu coraz częściej czuję się dobrze. Ataki paniki są coraz słabsze i występują coraz rzadziej. Bardzo się z tego powodu cieszę. Potrafiłam zaakceptować to, że mam ataki. Nauczyłam się nimi nie przejmować, dzięki temu daję radę robić tyle nowych rzeczy. Jednak jeśli ktoś myśli, że z lękiem i paniką nie mam już nic współnego, to niestety jest w błędzie. Nadal odczuwam przykre skutki nerwicy. Szczególnie w nocy przed samym zaśnięciem, czasami też w obcym miejscu daleko od domu, czasami na rowerze. Teraz wiem, że pomimo tego jestem bezpieczna, i jesli nadal będę nad tym pracować, to panika całkowicie ustąpi. To wymaga determinacji i czasami trochę się boję, że zacznę znowu myśleć w stary sposób i wszystko wróci.

Dzisiaj rano pojechałam z mężem odprowadzić go do pracy. Lubię tak rano jeździć na rowerze, bo wtedy powietrze jest chłodniejsze i łatwiej się oddycha.
Kiedy wyruszyliśmy w drogę poczułam, że dzieje się coś nieprzyjemnego. Zaczęłam odczuwać tak dobrze mi znane duszności. Zawsze mówię, że w tej nerwicy wszystko jakoś przeżyję, nawet najcięższy atak, taki z derealizacją, tylko żeby nie było duszności. Wg mnie to okropne uczucie duszenia się jest najgorszym z objawów nerwicy. Kiedy więc jechaliśmy na rowerze, poczułam ten jeden najgorszy objaw. Nie było żadnych innych objawów, co jest dla mnie nowością, bo do tej pory nawiedziały mnie po kilka na raz.
Byłam przygotowana na taką okoliczność. Wiedziałam, że prędzej czy później zacznę odczuwać panikę jadąc na rowerze. Nie przejęłam się tym zbytnio, no bo w sumie nie działo się nic groźnego, to czym się przejmować? :) Dalej ochoczo pedałowałam rozmawiając z mężem. Zawsze odprowadzam go do głównej drogi jakieś 10 km od domu. Dzisiaj poczułam się zmęczona trochę wcześniej. Zatrzymaliśmy się i czekaliśmy aż mi przejdzie. Bardzo trudno się pedałuje, jak człowiek czuje, że się dusi.
Powiedziałam mężowi, że trochę się obawiam, że przestaję akceptować ten atak, że boję się, że wszystko wróci, bo zapomniałam o akceptacji. Mąż się usmiechnął i kazał mi się porozglądać. Zrobiłam to: No tak nasza kochana wiocha, pola, trawa, drzewka jakieś, ptaszki śpiewają i słoneczko się budzi. Zwykły normalny widok, więc nie wiedziałam za bardzo o co chodzi. Mąż wytłumaczył mi, że jesteśmy jakieś 8 km od domu, a ja sobie stoję spokojnie, rozluźniona z uśmiechem i rozglądam się. W dodatku za chwilę będę sama wracać do domu, kiedy on pojedzie dalej, i nie robi to na mnie żadnego wrażenia. Zapewnił mnie, że to właśnie jest akceptacja. Mówił, że kiedy nie akceptowałam ataku paniki, to wyglądałam zupełnie inaczej. Cała się trzęsłam spinałam, czasami płakałam, histerycznie szukałam najprostrzej drogi do domu, rzucałam wszystko i natychmiast często biegiem wracałam do tego mojego bezpiecznego miejsca. Zdałam sobie sprawę z tego, że on ma rację. Rzeczywiście sobie stałam, oparta o rower, uśmiechałam się, rozmawiałam doskonale wiedząc, że za chwilkę zostanę tam całkiem sama. Od razu humor mi się poprawił. Pożegnaliśmy się i każde pojechało w inną stronę. Podczas tego krótkiego postoju trochę odpoczęłam, ale duszności czułam nadal. Nie było mi żal, że moja dzisiejsza wycieczka była trochę krótsza niż zawsze. Najważniejsze, że była, a ja nie poddałam się panice, nie popłynełam z falą, tylko spokojnie ją zaakceptowałam. Kiedy wracałam do domu myślałam o tym jak to było kiedyś. Duszności potrafiły mnie trzymać nawet kilkanaście dni pod rząd, były bardzo silne, nie odpuszczały nawet w nocy. Przez to nie mogłam wcale spać, cały czas wydawało mi się, że się duszę. Nie mogłam nabrać powietrza do płuc. Czułam jakbym miała tam jakąś blokadę, która nie pozwala mi wziąć pełnego oddechu. Przez to zmuszałam się do ziewania, bo tylko tak udawało mi się czasami zaczerpnąć normalnie powietrza. Nie mogłam w nocy spać tylko siedziałam, trzęsłam się i kiwałam. Byłam cała przerażona, często płakałam. Zawsze temu towarzyszły jeszcze zawroty głowy i uczucie, że zaraz zemdleję albo umrę, no bo ile można nie oddychać? Pamiętam, że raz duszności trzymały mnie przez ponad dwa tygodnie. Oprócz nich miałam też cała masę innych objawów, ale o tym napiszę kiedy indziej. Kiedy człowiek myśli, że się dusi, to nie daje rady skupić się na niczym innym. Nerwowo liczyłam swoje oddechy, bałam się, że jak przestanę się na tym skupiać, to zupełnie zapomnę oddychać. Często było tak źle, że nie mogłam nawet rozmawiać, bo od mówienia robiło mi się gorzej. Nie mgołam też nic robić w domu, ani posprzątać, ani zrobić prania, kompletnie nic. To okropne uczucie całkowicie dominowało nad moim życiem. Nie mogłam wtedy być sama, i bardzo źle znosiłam te godziny kiedy mąż był w pracy. Na dodatek miałam agorafobię, więc nie mogłam wyjść sobie pooddychać na dworzu. Siedziałam po ciemku, bo światło mnie raziło i czekałam aż mąż wróci. Często kiedy wracał zastawał mnie siedzącą tak samo, jak rano kiedy wychodził. Siedziałam w jednym miejscu i czekałam czasami aż 16 godzin. Nie mogłam zrobić nic, ani poczytać książki, ani zjeść (uwierzcie, że nie można nic przełknąć kiedy się człowiek dusi), ani nawet nie oglądałam tv. Leciał cały czas włączony ten sam kanał, bo zależało mi żeby słyszeć jakiś głos, nie ważne jaki to był program. Byłam tym wykończona, w końcu najcześciej w ciągu dnia udawało mi się usnać na chwilkę. W trakcie snu ciągle czułam te duszności. Dlatego prawie zawsze śniło mi się, że się topię albo jestem zamknięta gdzieś, gdzie nie ma tlenu, i nie mogę stamtąd uciec. Z takiego snu budziłam się z krzykiem w panice, a uczucie duszenia się towarzyszyło mi nadal.

Jadąc tak sobie w samotnosci na rowerze doszłam do wniosku, że mąż naprawdę miał rację. Kiedyś wszystko wyglądało o wiele gorzej, a dzisiaj z moimi dusznościami i tak dałam radę jeździć na rowerze, zaakceptowałam je, i chociaż przejażdżka była krótsza niż ostatnio, to i tak jestem dumna, że lęk nie przysłonił mi przyjemności z jazdy. Już teraz nie rządzi moim życiem. Teraz to ja tu rządzę. :)

poniedziałek, 13 czerwca 2011

"Gdzie są przyjaciele moi"

Kiedy młody człowiek nagle wycofuje się ze świata zewnętrznego jego otoczenie nie wie jak zareagować. Młodzi ludzie uważają, że świat stoi otworem, że są niezniszczalni i dzięki temu mogą zdobywać ten świat. Chcą się bawić i żyć pełną piersią. Jeśli nagle okazuje się, że w otoczeniu jest osoba, która się najpierw po malu wycofuje, a później ma różne bariery,  które uniemożliwiają jej normalne funkcjonowanie, to nie wiadomo co zrobić z taką osobą, i z czasem staje się ona "niewygodna".
Doświadczyłam tego na własnej skórze.
Po krótkim czasie zorientowałam się, że oprócz męża nie mam nikogo. Mąż był ze mną cały czas i tylko on jeden widział moją walkę z nerwicą. Przyjaciele myśleli, że użalam się nad sobą, albo że mam humory. Niestety nie rozumieli moich tłumaczeń, i wcale się nie dziwię, bo jesli ktoś nie miał nigdy do czynienia z panicznym lękiem, to trudno mu zrozumieć jak wtedy człowiek się czuje. Często słyszałm, żebym wzięła się w garść i nie marudziła. Bardzo mnie takie słowa raniły, bo każdego dnia brałam się w garść i całą sobą walczyłam o to, żeby w ogóle móc wstać z łóżka. Musiałam walczyć o wszystko, żeby dać radę się umyć, zjeść, usiedzieć sama w domu kiedy mąż był w pracy. To nie było życie, tylko wegetacja. Wyłączyłam w sobie wszystkie uczucia i starałam się, żeby żadne bodźce do mnie nie docerały, bo wszystko sprawiało ból i pojawiała się niechciana panika, której bardzo się bałam. Chciałam tylko jakoś przeczekać do powrotu męża.
Po jakimś czasie w moim otoczeniu nie było już nikogo, bo świat na mnie nie czekał. Szedł do przodu, a ja zostałam. Oczywiście, nie mam żalu do nikogo. Choroba nie wybiera, padło na mnie, i nie mam prawa oczekiwać, że ktokolwiek będzie się do mnie przystosowywał. Teraz to ja spróbuję na nowo przystosować się do świata, ale tym razem zrobię to w zdrowy sposób, bez patologicznych schematów, które zostały mi wpojone w dzieciństwie.

W naszym kraju niestety nie ma tolerancji dla ludzi z moimi problemami. Jesteśmy spychani na margines społeczny. Bardzo często spotykałam się z opinią, że nie mam nic do gadania, bo i tak jestem psychiczna.
Ciocia dobra rada brzęczała mi przez telefon do ucha, że to moja wina, że choruję. Powinnam wyść do ludzi. Silni ludzie nie zapadają na takie wymyślone choroby. Jestem słaba i nic nie warta, nigdy nic nie osiągnę tylko zgniję w domu i będę umierać w samotności. Powinnam się wziąć za robotę, a nie "wymyślać" sobie chorobę. Przez takie słowa moja i tak już niska samoocena jeszcze bardziej spadała, a to z kolei napędzało lęki, i powstawało błedne koło... Z naszego otoczenia nikt nie rozumiał co się ze mną dzieje, bo nawet jak tłumaczylismy oboje z mężem, to i tak nic nie trafiało, "no bo to tylko głupie wymysły".
Teraz jestem silniejsza. Zaczynam budować poczucie własnej wartości, odnoszę moje małe sukcesy, z których jestem dumna. Dopuszczam do siebie taką możliwość, że może jednak nie jestem "tępa i nic nie warta". Bardzo dużo wysiłku kosztuje mnie moje "zdrowienie". Muszę całkowicie zmienić swoje podejście do życia. W głowie poukładać wszystko na nowo, zacząć myśleć zupełnie inaczej niż dotychczas.
Mam nadzieję, że mi się to uda, bo jestem już na dobrej drodze. Tylko czasami trochę mi żal, że nie mam już przyjaciół. Postaram się odbudować stare znajomosci, a jak mi się nie uda, to postaram się o zupełnie nowe.

niedziela, 12 czerwca 2011

Dziękuję

Dzisiaj minął dopiero tydzień od założenia bloga, a ja mam już ponad 1000 wejść. Dziękuję, bardzo się cieszę, że lubicie do mnie zaglądać. :) Ma to dla mnie wielkie znaczenie, teraz przynajmniej nie czuję się samotna, bo takie uczucie towarzyszyło mi przez ostatnie 7 lat.

Chwile zwątpienia

Jak każdy przeciętny człowiek miewam gorsze dni.
Nie jestem niezniszczalnym superbohaterem o nieskończonej sile i mocy.
Dopadają mnie czasami chwile zwątpenia. Na każdym etapie moich przygotowań do wyjścia z domu robiłam czasami krok w tył. Kiedy człowiek jest zmęczony, po kolejnej nieprzespanej nocy, po kolejnym ataku paniki, i po kolejnym niepowodzeniu, myśli sobie czy jednak warto tak się męczyć. Czy może lepiej dać sobie spokój i na zawsze zamknąć się w domu. Miewam takie mysli szczególnie kiedy jestem zmęczona. Nie należy się spodziewać, że jeśli odnoszę sukcesy, to mogę już wszystko. Muszę pamiętać o tym, że mam jeszcze całą masę ograniczeń, nad którymi chcę pracować. Zajmie mi to zapewne bradzo dużo czasu, więc warto żebym miała na uwadze też te gorsze dni. Staram się nie obwiniać za gorsze samopoczucie. Tłumaczę sobie, że to też jest etap rozwoju. Na takie dni nie rezerwuję żadnych atrakcji ani wycieczek. Wtedy przeważnie zostaję w domu i staram się wypocząć i zrelaksować. Bardzo wiele energii kosztuje taki "powrót do świata żywych". Na codzień zmieniam swoje stare myślenie na nowe, robię rzeczy o których jeszcze niedawno nie mogłam nawet pomyśleć bez lęku. Dlatego czasami muszę odpocząć. Na takie dni mam przygotowaną całą masę ulubionych filmów, książek i kochany granatowy kocyk. Staram się oderwać od złych myśli, a następnego dnia zawsze wychodzi słoneczko zza chmur. Czuję się lepiej i mam nowe siły, które mogę wykorzystać na zdrowienie.

sobota, 11 czerwca 2011

Atak paniki

Z samego rana wybieramy się z mężem na piknik. Pojedziemy na rowerach, poszukamy jakiegoś fajnego miejsca pod drzewami, uwalimy się na kocyku i będziemy się relaksować. Weźmiemy ze sobą jakieś książki i coś do jedzenia. Ha! Nie mogę się doczekać!

Kiedyś już w tej chwili bym czuła niepokój i szuakałabym wykrętów, żeby jednak zostać w domu. Zapewne nie usnęłabym do rana, bo panika we mnie już by rosła. Pojawiłyby się natrętne myśli (że nie dam rady, bo to daleko, a co będzie jak się źle poczuję, na pewno nie dam rady), atak paniki był nieunikniony. W taki właśnie sposób lęk dyktował mi warunki przez ostatnie lata. Kiedyś z wycieczki nic by nie wyszło, bo nawet jakbym w końcu wyszła z domu, to zanim byśmy wsiedli na rowery, już czułabym dziwne uczucie w brzuchu. Najpierw przewracanie się wnętrzności, a później "supeł". Wszystkie mięśnie w całym ciele byłby napięte, ręce zciśnięte w pięści, szczęka zaciśnięta tak mocno, że aż bolą skronie i zęby. Nie można rozluźnić mięśni, bo robi się coraz gorzej, jak tylko próbujesz się rozluźnić, to czujesz, że odpływasz, że tracisz przytomność. Dlatego trzeba być napiętym. Trzeba się kurczowo trzymać samego siebie, żeby mieć nad wszystkim kontrolę. Po chwili do tego wszystkiego by dołączyło kołatanie serca, zimne poty, drętwienie rąk i ust, język by był jak kołek. Miałabym bardzo silne duszności. Mocno nabierałabym powietrza, jak ryba wyjęta z wody, albo zmuszałabym się do ziewania, bo tylko w taki sposób mogłabym wziąć w miarę pełny oddech. Po krótkim czasie poczułabym kłucie w klatce piersiowej, albo bym czuła wielki ciężar na sercu, jakby ktoś mnie przycisnął wielkim kamlotem. Moja panika z każdą sekundą by rosła. Światło by było za jasne, wiatr za silny, hałas za głośny. Od nabierania powietrza na siłę odczuwałabym zawroty głowy, robiłoby się ciemno przed oczami. Bolałaby mnie skóra na całym ciele. Wiecie jakie to jest okropne uczucie, kiedy skóra sama z siebie zaczyna boleć? Czujesz wtedy każdy dotyk bardzo mocno. Rękawy od bluzy leżą na rękach i sprawiają niesamowity ból, wszystko zaczyna przeszkadzać, buty nagle są za ciasne, stopy bolą od skarpetek, nogi od spodni.. Wszystkiego jest za duzo, robi się za ciasno.W końcu poczułabym, że już dłużej nie dam rady, że zemdleję, albo mam zawał i umrę, w najlepszym wypadku zrobię z siebie idiotkę na oczach sąsiadów, którzy akurat teraz stoją i perfidnie się na mnie gapią, tylko po to, żeby za chwilę mnie obgadywać. Od momentu wyjścia z domu upłynęłoby dopiero kilknaście sekund, a ja bym myślała, że minęła cała wieczność. Mało kto jest w stanie w ciągu tak krótkiego czasu doświadczyć tylu nieprzyjemnych objawów. To wszystko by się stało zanim jeszcze byśmy gdziekolwiek wyruszyli, więc muslielibyśmy wrócić szybko do domu. Bardzo szybko, błyskawicznie, natychmiast, najlepiej bigeim, teraz, już! W domu będzie lepiej, wszystko przejdzie. Po takich silnych przeżyciach usnęłabym jak tylko bym zdołała trochę się uspokoić. Po przebudzeniu moja nienawiść do siebie samej by gigantycznie wzrosła. "Znowu mi się nie udało, nigdy się nie uda, jestem głupia, jestem wybrykiem natury, który nawet nie umie wyjść z własnego domu". Z takiego myślenia powstałoby błędne koło. Nie mogę wyjść z domu, bo nie akceptuję swoich niedoskonałaości- nie akceptuję swoich niedoskonałości, bo nie mogę zrobić tak zwykłej rzeczy jak wyjście z domu. Takie życie "w więzieniu", które potocznie nazywamy domem, może trwać bardzo długo. U mnie trwało 7 lat, nie chcę wiecej. Nauczyłam się, że jeśli zakaceptuję siebie taką jaka jestem, to będzie mi łatwiej. Nie muszę być doskonała. Nikt nie jest doskonały. Każdy ma jakieś wady, albo niedoskonałości. Ja wcale nie muszę być idealna, bo mogę być szczęśliwa taka jaka jestem. Ataki paniki są bardzo przykrym doświadczeniem. Człowiek wtedy naprawdę myśli, że umiera. Występuje tyle różnych silych objawów na raz, że nie jesteśmy sobie w stanie przetłumaczyć, że nic się nie dzieje. Cały czas czujemy ogromny lęk i strach o własne zdrowie i życie.
Teraz już się tego nie boję. Dotarło do mnie, że atak paniki może mnie dopaść gdziekolwiek jestem. Wbiłam sobie do głowy, że od tego się nie umiera, i choć czuję się podle, to jednak te wzystkie okropne rzeczy przeminą. Nawet jeśli trwałyby kilka godzin, to i tak w końcu odpuszczą. Lapiej się zgodzić na to, przeżyć i przeczekać, niż spinając się toczyć wewnętrzną walkę z objawmi.
 Teraz już wiem, że mogę spokojnie się rozluźnić, bo tak naprawdę nigdzie nie"odpłynę", a rozluźnienie pomoże mi zaakceptować mój stan. Jestem bezpieczna, nie dzieje się nic złego. Panika przyda mi się jak będzie gonił mnie wściekły pies, wtedy doda mi sił do ucieczki, a teraz jest zupełnie niepotrzebna, bo jestem bezpieczna. Napięte mięśnie w trakcie ataku paniki pięknie pokazują jak bardzo mocno walczymy sami ze sobą. To wszystko jest niepotrzebne. Lepiej poddać się temu uczuciu paniki, i przeczekać w bezpiecznym miejscu. Nawet jeśli sąsiedzi się gapią , to i tak mogę położyc się na trawie, i przeczekać. Czy w jakiś konkretny sposób zaszkodzi mi to, co oni sobie pomyślą w tamtej chwili o mnie? Oczywiście, że nie. Ja mogę sobie robić co chcę, a i tak ich myślenia na swój temat nie zmienię. Dla nich zawsze będę "tą wariatką", czy zatem powinno mnie obchodzić co w ogóle myślą o mnie? Ich myśli nie wpływają bezpośrednio na moje życie. Jestem wolnym człowiekim, i mogę sobie żyć jak chcę, a oni będąc równie wolnymi ludźmi, mogą sobie stać, gapić się i myśleć co chcą.

Dlatego wiem, że rano dam radę pojechać na piknik i świetnie się bawić. Jeśli panika będzie chciała pojechać ze mną, to bardzo ją zapraszam, poleżymy sobie razem na tym kocu. Jestem cierpliwa, rozluźnię się, poczekam aż jej się znudzi i pójdzie sobie. Ja wtedy znowu zacznę miło spędzać czas i po jakimś czasie na rowerze, o własnych siłach przyjadę do domu, i będę dumna z siebie, bo to nie lada wyczyn po wielu latach wyjść do świata.

Piszę tego posta dla tych, którzy nigdy nie mieli ataku paniki i nie wiedzą jak to jest. Teraz możecie zobaczyć z czym się zmagałam przez ostatnie lata. Ataki paniki miałam codziennie, czasami nawet kilka razy w ciągu dnia. Wyobraźcie sobie jaka to męczarnia czuć dzień w dzień te wszystkie okropności na raz. Czasami przez kilka godzin, a raz nawet kilka dni bez przerwy. Na szczęście teraz wygrywam, i się nie poddam. :)