W sobotę to było...
Zapamiętam to do końca życia...
Gigantyczna sprawa...
Michu rządzi! :D
W sobotę miała przyjechać do nas moja matka. Jest ona dla mnie kłopotliwą osobą. Mamy ze soba bardzo słaby kontakt, i bardzo rzadko się widujemy. Ostatnio widziałam ją kilka lat temu. Moja matka nie jest przykładem matki polki, raczej wręcz odwrotnie. Jest świetnym przykładem na to czego nie robić będąc matką. Wyprowadziłyśmy się z siostrą od niej jak miałyśmy 14 lat i zamieszkałyśmy z babcią. Nie chcę tutaj teraz wypisywać bolesnych wspomnień, bo miało być o autobusie.
Matka przyjechała, a ja miałam ogromny stres, bo nie znam jej i nie wiedziałam jak sie zachowywać. Dla kogoś z moimi problemami obcy człowiek w domu jest bardzo kłopotliwy. Ogólnie nie było źle, byłam sobą, więc chyba robiłam wszystko dobrze. Wieczorem matka wracała do domu PKSem. Ja sobie wtedy pomyslałam, że nie czuję się przy niej bezpiecznie i że jest ostatnim człowiekiem na świecie z którym bym chciała oswajać lęki i pokonywać bariery. I właśnie dlatego przyszedł mi do głowy pomysł żeby pojechać tym PKSem razem z nią. Nie jestem masochistką i nie robiłam sobie na złość. Chodziło o to, żeby ten pierwszy raz był o wiele trudniejszy od następnych. Autobusem będe musiała jezdzić sama, kiedy mąż będzie w pracy. Dlatego żadna filozofia pojechać autobusem z kochającym i ciepłym mężem, który przytuli i będzie trzymał za Michową łapkę. Oczywście mąż był cały czas w okolicy, bo jechał za nami na skuterze. Opowiadał mi potem, że to była najdłuższa droga w jego życiu, chociaż jechał bardzo szybko, to tak bardzo się martwił o mnie i mu się dłużyło, bo już chciał być ze mną. ( jaki kochaaany :-) ). Postanowiłam pojechać z matką, bo wiedziałam, że później za każdym razem będzie mi łatwiej. Nawet jeśli będę sama, to i tak będzie mi łatwiej niż wtedy z matką. Jakimś cudem dotarliśmy na przystanek. Całą drogę miałam atak paniki. Był dosyć mocny, ale panika miała prawo zaatakować mnie w takim momencie. Ona się przecież o mnie troszczy, pojawia się zawsze kiedy zauważy, że ja mogę być w niebezpiecznej sytuacji i daje mi sygnał żeby wiać gdzie pieprz rośnie. Trochę z nią pogadałam, że tak to się robiło kiedy ludzie żyli w jaskiniach i polowali na dzikie zwierzęta. Teraz to jest już trochę nie na czasie, i ja ją rozumiem i cieszę się, że chce mnie bronić, ale poradzę sobie jakoś, bo autobus to nie mamut i nic mi nie zrobi. Nie chciała mi uwierzyć dlatego trzymała mnie aż do momentu wsiadania do PKSu.
Ja oczywiście z Metallicą w sercu, na gębie i w uszach, śpiewałam sobie żeby dadać sobie odwagi i pomogło. ;) Metallica powina dostać nobla za łagodzenie objawów nerwicowych. :) Nagle patrzę....jedzie.... Strach mnie obleciał jeszcze bardziej. Miałam na raz chyba wszystkie objawy jakie tylko istnieją. Zgodziłam się na nie, i poszłam do przodu. Najpierw wsiedli ludzie, potem matka, a na końcu ja. Matka kupiła bilety, ale czuję, że ja też bym dała radę odezwać się do kierowcy. Już się tego nie boję. Miejsca z przodu były zajęte, więc usiadłam sobie w drugim rzędzie. Dobiło mnie to, że okno nie chciało się otworzyć, ale na szczęście nie było duszno. Drzwi się zamknęły...a ja paaanikaa...wielka gigantyczna panika z derealizacją na pierwszym planie. Na szczęście to była tylko kilkusekundowa słabość, z którą sobie dobrze poradziłam. Później zauważyłam, że jedzie się całkiem przyjemnie. Pomimo choroby lokomocyjniej nie czułam się źle (no może troszkę przy hamowaniu), miałam mietową gumę i myślę, że mi trochę pomogła. W trakcie jazdy zaobserwowałam, że przystanki nie są daleko od siebie. Kiedy by mnie złapało bardzo mocno, to dałabym radę dojechać do przystanku i wtedy wysiąść. Nawet sobie nie wyobrażacie co to dla mnie było... Ostatni raz autobusem jechałam przez chorobą, czyli ponad 7 lat temu, a teraz sobie siedziałam i gapiłam się na drogę nie przejmując się niczym. Nawet nie wiem kiedy ta droga mi zleciała. Nagle już był Toruń i musiałam wisiadać. Byłam bardzo dumna z siebie! Musiałam tylko jeszcze poczekać na męża, który jechał wolniej nż autobus. Po kilku minutach nadjechał. Odtańczyliśmy taniec radości, i całowaliśmy się na środku chodnika. Kurcze! Dałam radę!! Teraz już autobus mnie nie straszy. Wróciliśmy do domu na skuterku i byłam szczęśliwa jak nigdy.
środa, 27 lipca 2011
niedziela, 24 lipca 2011
Subskrybuj:
Posty (Atom)
