poniedziałek, 6 czerwca 2011

Stare myślenie

Kiedy dziecko żyje w rodzinie alkoholowej uczy sie różnych patologicznych zachowań. W takim domu w każdej chwili może wybuchnąć awantura. Przemoc, poniżanie psychiczne i fizyczne są na porządku dziennym. Dzieci z takich rodzin często są o wiele bardziej dojrzałe niż rówieśnicy. Nie mają czasu na zajmowanie się zabawą czy jakimś hobby. W rodzinie alkoholowej życie toczy się rytmem picia i niepicia. Kiedy jest okres picia, trzeba się ratować, lub w jakiś sposób załagodzić sytuację. Bardzo często na dziecka barkach spoczywa "obowiązek" uspokojenia szalejącego dorosłego. Kiedy jest okres niepicia, wszyscy domownicy żyją w ciągłym napięciu. Wiadamo, że prędzej czy później dojedzie do picia i awantur Wszyscy chodzą na paluszkach i są na każde skinienie osoby uzależnionej, bo nie chcą w żaden sposób przeszkadzać i przyczynić się do kolejnej awantury. Jeśli zrobi się coś nieodpowiedniego, to najprawdopodobniej osoba uzależniona pod tym własnie pretekstem pojdzie się napić, a jak wróci będzie piekło. Na uczucia dziecka nie ma miejsca w rodzinie patologicznej. Dziecko najczęściej jest winne wszystkiemu. Dziecko hałasuje, marudzi, bawi się, chce pomocy przy lekcjach, odzywa się w niewłaściwy sposób i niewłaściwym tonem, dziecko chce jeść albo spać, dziecko nigdy nie jest wystarczająco dobre w szkole, wszystko robi źle: źle sprząta, źle wygląda, źle się uczy, źle mówi, ogólnie jest złym człowiekiem. Urwanie głowy  z tym dzieckiem, po porstu...


Niestety ja miałam to nieszczęście, że moja matka choć nie piła przyczyniła się do większości moich lęków z dzieciństwa. Jest ona zimną kobietą skupioną tylko na sobie. Ojcec przychodził do domu tylko na noc. Zawsze był pijany. To z matką spedzałam większość czasu. Ona również pochodzi z rodziny alkoholowej, i zapewne to spowodowało, że nie miała w sobie empatii, ani miłości do własnych dzieci. U matki najważniejsze zawsze były pieniądze, je kochała najbardziej. Oszczędzała na wszystkim. Często chodziłyśmy z siostrą brudne, głodne i zaniedbane. Nie mogłyśmy u matki zrobić prania, nie mogłyśmy się też umyć, bo woda była za droga. Jeść też nie mogłyśmy, bo przecież był obiad w szkole (za który płaciła babcia), obiad był po godzinie 11, i czesto przez resztę dnia byłyśmy głodne. Matka była bardzo brutalna, często chodziłyśmy posiniaczone. Nie miała żadnch skrupułów, wykorzystywała nas do swojej walki z naszym ojcem. Wmawiała nam, że to przez nas pije, że jakbśmy się nie urodziły, to by miała świetne życie. O wszystko nas obwiniała. Podobnie robił ojcec. On nie był winny temu, że pije. Winna zawsze byłam ja albo siostra. Było kilkadziesiąt powodów. Ojcec zawsze znalazł wymówkę. Prowadził też z nami okrutne gierki. Mówił mi, że jeśli nie pójdę mu po wódke na "krechę", to dostanie ataku padaczki i umrze przeze mnie. Ojeciec dostwał ataków padaczki, kiedy jego organizm potrzebował alkoholu.

Dorastając w takiej rodzinie nabrałam przekonania, że nie warto okazywać żadnych uczuć. Trzeba je w sobie tłumić, bo za ich okazywanie czeka mnie cięzka kara. Tak było lepiej... nic nie czuć... Byłam przekonana o tym, że jestem winna całemu złu tego świata. Jestem nikim, beznadziejną istotą bez żadnych praw, która nigdy nic nie osiągnie. Jestem złym człowiekiem, bo przeze mnie tata pije, a mama mnie nie kocha, bo napewno kiedyś zrobiłam jej coś bardzo złego. Miałam niską samoocenę. To wszystko doprowadziło do moich zaburzeń psychicznych w dorosłym życiu. Jeśli się nie okazuje uczuć, to wcale nie znaczy, że te uczucia nie istnieją. One są nadal w nas. Stłamszone czekają na odpowiedni moment, żeby w nas uderzyć. Wtedy pojawiają się ataki paniki i zaczyna się walka, niestety z takimi przekonaniami jesteśmy skazani na porażkę.
Kiedy zachorowałam zaczęłam interesować się nerwicą, DDA, i wszystkimi innymi zagadnieniami, które mnie dotyczyły. Jednak ciągle nie wiedziałam jak pozbyć się tego lęku, i paniki. Swoim starym zwyczajem próbowałam tłumić to wszystko w sobie. Nie dopuszczałam do siebie żadnych bodźców zewnętrznych. Siedziałam po ciemku, bo drażniło mnie światło. Bałam się hałasu, więc nie słuchałam głośno muzyki. Bałam się ludzi, więc przestałam otwierać drzwi, kiedy ktoś pukał. Nie odbierałam telefonów, nie wychodziłam z domu, bo miałam agorafobię i lęk był zbyt duży. Myślałam, że zagłuszając objawy, myśląc na siłę o czymś innym wyciszę się i objawy odejdą. Niestety wszystko się nasilało. Za namową lekarki zmieniliśmy z mężem nasze otoczenie i wyprowadziliśmy się na wieś. Niestety trafiliśmy jak kulą w płot. Tutaj agorafobia zaatakowała ze zdwojoną siłą. Wszędzie było daleko, nawet do wiejskiego sklepiku prawie 2 kilometry. Wszędzie pusto, same pola, wąskie dróżki i nic więcej. Wielka otwarta przestrzeń, i na dodatek niemili sąsiedzi. W nowym domu na wsi spędziłam w zamknięciu 3 lata. Nie mogłam wyjść nawet do ogródka, bo bardzo przejmowałam się komentarzami sąsiadów, którzy lubili nas poobgadywać, bo byliśmy pewnego rodzaju atrakcją we wsi. Do wszystkch tamtejszych objawów doszła fobia społeczna. W końcu postanowiłam, że nie chcę tak dłużej żyć. Postanowiłam zacząć na siłę wychodzić z domu. Przeczytałam, że tylko kontakt z tym czego się boję, spowoduje ustąnienie objawów. Zaczęłam więcej wychodzić z domu. Moje oczekiwania w stosunku do samej siebie były ogromne, a każde wyjście z domu było tragedią. Za każde niepowodzenie obwiniałam się, i krytykowałam w myślach. Ataki paniki nie dawały mi żyć. To moje wychodzenie trwało dwa lata, oczywiście z kilkumiesięcznymi przerwami, gdyż miałam częste nawroty choroby. Nie rozumiałam o co chodzi. Dlaczego tak źle się czuję, skoro się staram i wychodzę. Podobno o to chodziło, żeby przeciwstawić się lękom. To na pewno moja wina, wszyscy zdrowieją tylko ja nie. Ten świat jest paskudny, nic dobrego mnie w życiu już nie spotka, skoro nie potrafię poradzić sobie z jakąś głupią paniką. Moje samopoczucie było coraz gorsze, bo wychodzenie na siłę nie przynosiło oczekiwanych przeze mnie efektów. Zaczęłam wychodzić jeszcze więcej. Jeździłam z mężem do miasta. Każda taka wyprawa była okropna. Moje lęki były tak ogromne, że po jakimś czasie znowu zatrzymały mnie w domu na długie miesiące. Myślałam, że nie ma już dla mnie ratunku. Wtedy, w marcu tego roku, znalazłam w internecie malutkie niepozorne forum. Poznałam tam wspaniałych ludzi, którzy pokazali mi, jak należy prawidłowo myśleć. Zaczęłam sobie zdawać sprawę z tego w jaki spaczony sposób myślałam do tej pory. Nigdy wcześniej nie przyszło mi to wszystko do głowy. Moje poglądy były we mnie tak mocno zakorzenione, że nie umiałam zobaczyć wszystkiego inaczej, ja  nawet nie wiedziałam, że można inaczej. Dzięki temu wiary w to, że wszystko w życiu da się zmienić. Postanowiłam zmienić moje podejście do świata i siebie. Pomyślałam, że warto spróbować, zaufać i postarać się. W moim wieku bardzo trudno zmienia się sposób myślenia. Jednak patrząc na moje dotychczasowe sukcesy, widać, że jest to możliwe.
Na sam koniec dodam, że nie miałam możliwości pójścia normalnie na terapię. Przez te wszystkie lata nie byłam u psychologa ani u psychiatry. Nie chciałam brać leków psychotropowych, bo gdzieś tam w środku czułam, że chcę się uporać z moją przeszłością, oraz lękami- sama bez pomocy tabletek. Dodatkową trudnością jaka towarzyszyła moim staraniom, aby móc wrócić do zdrowia, był brak możliwości podjęcia jakiejkolwiek pracy, a co za tym idzie, brak możliwości pójścia do psychologa, bo każda godzina terapii to ogromne koszty. Jedyna moją nadzieją na dostęp do psychologa był internet. Po długich poszukiwaniach wreszcie znalazłam. Przez tyle miesięcy poszukiwań,  jedyną pomoc jaką otrzymałam, znalazłam forum, na którym udzielam się regularnie, piszę o swoich sukcesach i przemyśleniach.
A więc dla tych, którzy mają podobny problem....
Jestem doskonałym przykładem na to, że można uzyskać pomoc przez internet i taka forma pomocy, może być bardzo skuteczna.  :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz