poniedziałek, 13 czerwca 2011

"Gdzie są przyjaciele moi"

Kiedy młody człowiek nagle wycofuje się ze świata zewnętrznego jego otoczenie nie wie jak zareagować. Młodzi ludzie uważają, że świat stoi otworem, że są niezniszczalni i dzięki temu mogą zdobywać ten świat. Chcą się bawić i żyć pełną piersią. Jeśli nagle okazuje się, że w otoczeniu jest osoba, która się najpierw po malu wycofuje, a później ma różne bariery,  które uniemożliwiają jej normalne funkcjonowanie, to nie wiadomo co zrobić z taką osobą, i z czasem staje się ona "niewygodna".
Doświadczyłam tego na własnej skórze.
Po krótkim czasie zorientowałam się, że oprócz męża nie mam nikogo. Mąż był ze mną cały czas i tylko on jeden widział moją walkę z nerwicą. Przyjaciele myśleli, że użalam się nad sobą, albo że mam humory. Niestety nie rozumieli moich tłumaczeń, i wcale się nie dziwię, bo jesli ktoś nie miał nigdy do czynienia z panicznym lękiem, to trudno mu zrozumieć jak wtedy człowiek się czuje. Często słyszałm, żebym wzięła się w garść i nie marudziła. Bardzo mnie takie słowa raniły, bo każdego dnia brałam się w garść i całą sobą walczyłam o to, żeby w ogóle móc wstać z łóżka. Musiałam walczyć o wszystko, żeby dać radę się umyć, zjeść, usiedzieć sama w domu kiedy mąż był w pracy. To nie było życie, tylko wegetacja. Wyłączyłam w sobie wszystkie uczucia i starałam się, żeby żadne bodźce do mnie nie docerały, bo wszystko sprawiało ból i pojawiała się niechciana panika, której bardzo się bałam. Chciałam tylko jakoś przeczekać do powrotu męża.
Po jakimś czasie w moim otoczeniu nie było już nikogo, bo świat na mnie nie czekał. Szedł do przodu, a ja zostałam. Oczywiście, nie mam żalu do nikogo. Choroba nie wybiera, padło na mnie, i nie mam prawa oczekiwać, że ktokolwiek będzie się do mnie przystosowywał. Teraz to ja spróbuję na nowo przystosować się do świata, ale tym razem zrobię to w zdrowy sposób, bez patologicznych schematów, które zostały mi wpojone w dzieciństwie.

W naszym kraju niestety nie ma tolerancji dla ludzi z moimi problemami. Jesteśmy spychani na margines społeczny. Bardzo często spotykałam się z opinią, że nie mam nic do gadania, bo i tak jestem psychiczna.
Ciocia dobra rada brzęczała mi przez telefon do ucha, że to moja wina, że choruję. Powinnam wyść do ludzi. Silni ludzie nie zapadają na takie wymyślone choroby. Jestem słaba i nic nie warta, nigdy nic nie osiągnę tylko zgniję w domu i będę umierać w samotności. Powinnam się wziąć za robotę, a nie "wymyślać" sobie chorobę. Przez takie słowa moja i tak już niska samoocena jeszcze bardziej spadała, a to z kolei napędzało lęki, i powstawało błedne koło... Z naszego otoczenia nikt nie rozumiał co się ze mną dzieje, bo nawet jak tłumaczylismy oboje z mężem, to i tak nic nie trafiało, "no bo to tylko głupie wymysły".
Teraz jestem silniejsza. Zaczynam budować poczucie własnej wartości, odnoszę moje małe sukcesy, z których jestem dumna. Dopuszczam do siebie taką możliwość, że może jednak nie jestem "tępa i nic nie warta". Bardzo dużo wysiłku kosztuje mnie moje "zdrowienie". Muszę całkowicie zmienić swoje podejście do życia. W głowie poukładać wszystko na nowo, zacząć myśleć zupełnie inaczej niż dotychczas.
Mam nadzieję, że mi się to uda, bo jestem już na dobrej drodze. Tylko czasami trochę mi żal, że nie mam już przyjaciół. Postaram się odbudować stare znajomosci, a jak mi się nie uda, to postaram się o zupełnie nowe.

6 komentarzy:

  1. Czytam Twojego bloga od kilku dni i szczerze trzymam za Ciebie kciuki! Powodzenia :D
    Klara F.

    OdpowiedzUsuń
  2. Micholku, mam nadzieję, że pamiętasz o tym, że są jednak ludzie, na których możesz liczyć -> Alex
    :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Pamiętam hehe, tylko trochę daleko jesteś. :(

    OdpowiedzUsuń
  4. Zgadzam się z Tobą, Michu, że u ns okropnie ciężko o tolerancję chorób takich jak nerwica. Chociaż jak przeczytałam tekst o tym, że "sama sobie jesteś winna" albo o "wymyślaniu sobie" choroby, to ręce mi opadły. Nie daj się w każdym razie:)
    Ważne że masz w sobie tyle siły by iść dalej i jest i będzie coraz lepiej:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację, nie zrozumie zdrowy chorego! Szczególnie jeśli są to choroby głowy. Wkurza mnie, jak ktoś mówi, że nie rozumie, że nie mogę gdzieś jechać. No bo jak to nie masz choroby lokomocyjnej, a czego tu się bać? Dajesz radę i cieszę się z Tobą, a przyjaciel? Ja też straciłam takich, którzy byli na całe życie, ale zyskałam nowych. Nie nazywam ich przyjaciółmi, bo choć akceptują moją chorobę i nie mówią weź się w garść, nigdy nie widzieli mnie w ataku paniki.

      Usuń