Od pewnego czasu coraz częściej czuję się dobrze. Ataki paniki są coraz słabsze i występują coraz rzadziej. Bardzo się z tego powodu cieszę. Potrafiłam zaakceptować to, że mam ataki. Nauczyłam się nimi nie przejmować, dzięki temu daję radę robić tyle nowych rzeczy. Jednak jeśli ktoś myśli, że z lękiem i paniką nie mam już nic współnego, to niestety jest w błędzie. Nadal odczuwam przykre skutki nerwicy. Szczególnie w nocy przed samym zaśnięciem, czasami też w obcym miejscu daleko od domu, czasami na rowerze. Teraz wiem, że pomimo tego jestem bezpieczna, i jesli nadal będę nad tym pracować, to panika całkowicie ustąpi. To wymaga determinacji i czasami trochę się boję, że zacznę znowu myśleć w stary sposób i wszystko wróci.
Dzisiaj rano pojechałam z mężem odprowadzić go do pracy. Lubię tak rano jeździć na rowerze, bo wtedy powietrze jest chłodniejsze i łatwiej się oddycha.
Kiedy wyruszyliśmy w drogę poczułam, że dzieje się coś nieprzyjemnego. Zaczęłam odczuwać tak dobrze mi znane duszności. Zawsze mówię, że w tej nerwicy wszystko jakoś przeżyję, nawet najcięższy atak, taki z derealizacją, tylko żeby nie było duszności. Wg mnie to okropne uczucie duszenia się jest najgorszym z objawów nerwicy. Kiedy więc jechaliśmy na rowerze, poczułam ten jeden najgorszy objaw. Nie było żadnych innych objawów, co jest dla mnie nowością, bo do tej pory nawiedziały mnie po kilka na raz.
Byłam przygotowana na taką okoliczność. Wiedziałam, że prędzej czy później zacznę odczuwać panikę jadąc na rowerze. Nie przejęłam się tym zbytnio, no bo w sumie nie działo się nic groźnego, to czym się przejmować? :) Dalej ochoczo pedałowałam rozmawiając z mężem. Zawsze odprowadzam go do głównej drogi jakieś 10 km od domu. Dzisiaj poczułam się zmęczona trochę wcześniej. Zatrzymaliśmy się i czekaliśmy aż mi przejdzie. Bardzo trudno się pedałuje, jak człowiek czuje, że się dusi.
Powiedziałam mężowi, że trochę się obawiam, że przestaję akceptować ten atak, że boję się, że wszystko wróci, bo zapomniałam o akceptacji. Mąż się usmiechnął i kazał mi się porozglądać. Zrobiłam to: No tak nasza kochana wiocha, pola, trawa, drzewka jakieś, ptaszki śpiewają i słoneczko się budzi. Zwykły normalny widok, więc nie wiedziałam za bardzo o co chodzi. Mąż wytłumaczył mi, że jesteśmy jakieś 8 km od domu, a ja sobie stoję spokojnie, rozluźniona z uśmiechem i rozglądam się. W dodatku za chwilę będę sama wracać do domu, kiedy on pojedzie dalej, i nie robi to na mnie żadnego wrażenia. Zapewnił mnie, że to właśnie jest akceptacja. Mówił, że kiedy nie akceptowałam ataku paniki, to wyglądałam zupełnie inaczej. Cała się trzęsłam spinałam, czasami płakałam, histerycznie szukałam najprostrzej drogi do domu, rzucałam wszystko i natychmiast często biegiem wracałam do tego mojego bezpiecznego miejsca. Zdałam sobie sprawę z tego, że on ma rację. Rzeczywiście sobie stałam, oparta o rower, uśmiechałam się, rozmawiałam doskonale wiedząc, że za chwilkę zostanę tam całkiem sama. Od razu humor mi się poprawił. Pożegnaliśmy się i każde pojechało w inną stronę. Podczas tego krótkiego postoju trochę odpoczęłam, ale duszności czułam nadal. Nie było mi żal, że moja dzisiejsza wycieczka była trochę krótsza niż zawsze. Najważniejsze, że była, a ja nie poddałam się panice, nie popłynełam z falą, tylko spokojnie ją zaakceptowałam. Kiedy wracałam do domu myślałam o tym jak to było kiedyś. Duszności potrafiły mnie trzymać nawet kilkanaście dni pod rząd, były bardzo silne, nie odpuszczały nawet w nocy. Przez to nie mogłam wcale spać, cały czas wydawało mi się, że się duszę. Nie mogłam nabrać powietrza do płuc. Czułam jakbym miała tam jakąś blokadę, która nie pozwala mi wziąć pełnego oddechu. Przez to zmuszałam się do ziewania, bo tylko tak udawało mi się czasami zaczerpnąć normalnie powietrza. Nie mogłam w nocy spać tylko siedziałam, trzęsłam się i kiwałam. Byłam cała przerażona, często płakałam. Zawsze temu towarzyszły jeszcze zawroty głowy i uczucie, że zaraz zemdleję albo umrę, no bo ile można nie oddychać? Pamiętam, że raz duszności trzymały mnie przez ponad dwa tygodnie. Oprócz nich miałam też cała masę innych objawów, ale o tym napiszę kiedy indziej. Kiedy człowiek myśli, że się dusi, to nie daje rady skupić się na niczym innym. Nerwowo liczyłam swoje oddechy, bałam się, że jak przestanę się na tym skupiać, to zupełnie zapomnę oddychać. Często było tak źle, że nie mogłam nawet rozmawiać, bo od mówienia robiło mi się gorzej. Nie mgołam też nic robić w domu, ani posprzątać, ani zrobić prania, kompletnie nic. To okropne uczucie całkowicie dominowało nad moim życiem. Nie mogłam wtedy być sama, i bardzo źle znosiłam te godziny kiedy mąż był w pracy. Na dodatek miałam agorafobię, więc nie mogłam wyjść sobie pooddychać na dworzu. Siedziałam po ciemku, bo światło mnie raziło i czekałam aż mąż wróci. Często kiedy wracał zastawał mnie siedzącą tak samo, jak rano kiedy wychodził. Siedziałam w jednym miejscu i czekałam czasami aż 16 godzin. Nie mogłam zrobić nic, ani poczytać książki, ani zjeść (uwierzcie, że nie można nic przełknąć kiedy się człowiek dusi), ani nawet nie oglądałam tv. Leciał cały czas włączony ten sam kanał, bo zależało mi żeby słyszeć jakiś głos, nie ważne jaki to był program. Byłam tym wykończona, w końcu najcześciej w ciągu dnia udawało mi się usnać na chwilkę. W trakcie snu ciągle czułam te duszności. Dlatego prawie zawsze śniło mi się, że się topię albo jestem zamknięta gdzieś, gdzie nie ma tlenu, i nie mogę stamtąd uciec. Z takiego snu budziłam się z krzykiem w panice, a uczucie duszenia się towarzyszyło mi nadal.
Jadąc tak sobie w samotnosci na rowerze doszłam do wniosku, że mąż naprawdę miał rację. Kiedyś wszystko wyglądało o wiele gorzej, a dzisiaj z moimi dusznościami i tak dałam radę jeździć na rowerze, zaakceptowałam je, i chociaż przejażdżka była krótsza niż ostatnio, to i tak jestem dumna, że lęk nie przysłonił mi przyjemności z jazdy. Już teraz nie rządzi moim życiem. Teraz to ja tu rządzę. :)
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

gratuluję ja robię to samo boje się ale wychodze z domu i załatwiam sprawy....wiem ze jeszcze dużo pracy mam nad sobą....ale życie to nieustająca walka...
OdpowiedzUsuńPamiętam to uczucie. Ja kładłam się na podłodze i uchylałam okno kawałek trzymając, żeby się nie otworzyło bardziej i oddychałam jak karp. TO niesamowite, że poradziłaś sobie właśnie w tym przypadku. Wszystko w głowie. Gratuluję
UsuńJak ja to dobrze znam. Te "ataki" objawiaja sie roznie ale najgorsze sa dusznosci. Uczucie blokady ktora nie pozwala mi wziasc glebszego oddechu. Strach ze jak sie nie bede koncentrowac na oddychabniu to zapomne jak to sie robi i sie udusze. Sport pomogl mi o tym zapomniec. Na ponad 2 lata, ale niedawno wszystko powrocilo ze zdwojona sila. Walcze znow, bo wiem ze to wszystko w mojej glowie, ze moge to powstrzymac lub chociaz zaakceptowac. Ciesze sie, ze innym to sie udaje i wiem, ze mnie tez to sie uda. Bo to tylko w mojej glowie i nie pozwole zeby "ataki" zabraly mi radosc z zycia.
OdpowiedzUsuńWarto wspomnieć, że osoba doświadczająca różnych napadów lęku jednocześnie jest i nie jest w tym sama. Jest, bo to ona ma objawy, których nie chciałaby mieć i nie jest, bo zawsze może się zwrócić do kogoś po pomoc. Oby każdy o tym pamiętał....
OdpowiedzUsuńDrugi Brzeg
To nie jest do końca prawda niestety, Nie jest tak kolorowo jakby się mogło wydawać.
UsuńJeśli człowiek zwraca się do kogoś po pomoc, a w zamian słyszy po raz kolejny "ale o co ci chodzi, przecież ty się zawsze źle czujesz, już powinnaś się przyzwyczaić", to po jakimś czasie mu się robi tak, że już nic nikomu na ten temat nie chce mówić, żeby nie usłyszeć znowu równie dobijającego tekstu. Takie słowa usłyszałam i na własnej terapii i od przyjaciół, więc czasem jednak mam wrażenie, że jestem z tym całkiem sama.