Dzisiaj czuję się o wiele lepiej niż wczoraj. :) Żołądek nadal mi trochę dokucza, ale już nie tak mocno.
Doszłam do wniosku, że wczoraj dałam zły tytuł notki. To nie była żadna porażka, po prostu gorzej się czułam. Nie było tam porażki, bo jednak jakoś sobie poradziłam. Cały czas muszę pamiętać o tym, że takie dni też się zdarzają. To nie jest nic wielkiego, tak się dzieje i już. Nikt nie czuje się zawsze wyśmienicie, nikt nie ma dobrego humoru przez cały czas. Nie podoba mi się to, że ja od siebie tego wymagam. Z góry zakładam, że zawsze muszę być na 100%, bo mam tyle do nadrobienia, a czas ucieka. Bardzo dużą trudność sprawia mi przyzwolenie sobie na chwile słabości, do których mam przecież prawo. Nie wiem dlaczego, ale zawsze kiedy gorzej się czuję, moja i tak już niska samoocena spada jeszcze bardziej. Wszystko widzę w czarnych lub białych barwach, co jest złe, bo są też rózne pośrednie kolory. Jeśli nie uda mi się osągnąć jakiegoś celu, który sobie wymyśliłam, to już nie jest dla mnie ważne, że się starałam. Wtedy widzę to właśnie jako porażkę, zawiodłam, jestem nic nie warta i nigdy nic nie osiągnę. Muszę nad tym bardzo mocno popracować. Przecież to wszystko nieprawda. Robię ostatnio dużo rzeczy, z których powinnam być dumna. Wykonuję cięzką pracę. Muszę przestać wymagać od siebie rzeczy niemożliwych. Do wszystkiego potrzebny jest czas, a w moim przypadku potrzeba go bardzo dużo, bo muszę nauczyć się żyć od nowa. Muszę całkowicie zmienić swoje dotychczasowe patologiczne myślenie. Już samo to, wymaga ode mnie bardzo dużo energii. W kółko powtarzam sobie, że mam prawo się czuć gorzej. Mam prawo być zmęczona, i mam prawo nie być zawsze na100%. Bardzo ciężka sprawa w moim przypadku, bo takie powtarzanie na razie daje marne efekty. :(
Mój mąż jest genialny!
W sumie żadna nowość, od dawna to wiedziałam. Hahaha
Wczoraj rozmawialiśmy o tym jak się czuję na rowerze. Opowiedziałam mu, że często mam derealizację, i to chyba od tego, że troche przeszkadza mi światło. Mówiłam też, że mam problem z tym, że ludzie się na mnie patrzą, a jak z kimś rozmawiam, to nie mam odwagi patrzeć mu w oczy.
Po powrocie od mamy mąż dał mi okulary słoneczne :D Takie sportowe, żebym miała na rower.
Już nie wspomnę, że są śliczne! :3
Że też ja sama na to wcześniej nie wpadłam. Teraz powinnam się lepiej czuć. Światło nie będzie mi już przeszkadzało, no i będę mogła próbować patrzeć ludziom w oczy, bo oni nie będą widzieli moich.
Za chwilkę jedziemy na przejażdżkę, to je wypróbuję. Mąż miał super pomysł.
niedziela, 26 czerwca 2011
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz