środa, 8 czerwca 2011

Wychodzenie z cienia

Zaczęłam przygotowywać się po mału do wychodzenia z domu. Kilka dni wstecz regularnie kilka razy dziennie słuchałam relaksacji. Musiałam nauczyć swoje ciało jak się rozluźniać. Było mi to potrzebne, żebym w trudnym momencie tam na dworzu, kiedy będe cała spięta i spanikowana, przypomniała sobie jak moje ciało się czuje podczas relaksacji. Wtedy będę mogła przywołać tą myśl, i rozluźnić się. Nauczyłam się powoli rozluźniać wszystkie mięśnie w całym ciele, od góry do dołu. Bardzo pilnowałam tego, żeby w ciagu dnia się nie spinać. Kiedy poczułam, że jakis mięsień mam napiety, od razu go rozluźniałam. Bardzo szybko nauczyłam się panować nad własnym ciałem. Sama byłam zdziwiona, że mi się udaje. To był chyba mój pierwszy malutki sukces. Kiedy nauczyłam się rozluźniania, zaczęłam naukę nie śpieszenia się. Kiedy postanowiłam, że wyjdziemy na spacer, to przed wyjściem specjalnie spowolniałam wszystkie swoje ruchy, czasami nawet przesadnie. Chciałam w ten sposób dać mojemu mózgowi sygnał, że to nie jest niebezpieczna sytuacja. Nie robię nic w pośpiechu, bo nic złego się nie dzieje. To spowolnianie również zajęło mi kilka dni. Nie można w minutę pozbyć się starych nawyków które się powielało przez całe życie. Jednak w którymś momencie, po jakimś czasie mi się to udało. Kiedy umiałam już rozluźnić swoje ciało na zawołanie, oraz kiedy nauczyłam się wychodzenia z domu bez pośpiechu, przyszła pora na oswajanie lęku na zewnątrz. Najpierw to były takie nieśmiałe próby. Wchodziłam do kuchni i czekałam, aż panika minie, zabierałam potrzebne rzeczy, i wychodziłam do ogródka, gdzie stałam przez jakiś czas, znów czekając aż panika przepłynie przez moje ciało i odejdzie, po czym wracałam do domu. To było dla mnie coś wielkiego, bo wczesniej z wałsnej woli nigdy bym się na to nie zgodziła, bo nawet z taką czynnością jak "postanie" w ogóródku miałam problem. Kiedy nie czułam już lęku stojąc w kuchni lub na zewnątrz, przyszła pora na wyjście dalej. Pmiętam nasz pierwszy taki spacer. Byliśmy z mężem na nim godzinę, a odeszliśmy od domu tylko kilkadziesiąt kroków. Byłam spanikowana, więc co chwilkę przystawaliśmy i czekaliśmy aż atak minie. Po dłużeszej chwili zauważyłam, że jestem  niezmiernie szczęśliwa, kiedy się przekonałam na własnej skórze, że atak naprawdę przechodzi nawet jak jestem na dworzu! Dało mi to nadzieję i siłę do dalszej walki. Z tego pierwszego spaceru, wróciłam naprawdę zadowolona, bo chociaż doświadczyłam paniki kilkakrotnie, to jednak nie walczyłam z nią. Dałam przyzwolnenie na to, żeby lęk i wszystkie inne objawy przepływały przez moje ciało. Pamiętałam o rozluźnieniu i o tym, żeby się nie spieszyć. Kiedy wracaliśmy do domu, robiliśmy to bez pośpiechu. Przystanków "na atak paniki"było kilka, jednak i tak byłam szczęśliwa. Czułam, że uda mi się zaakcepotwać to co się ze mna dzieje. Nie chciałam już więcej toczyć wewnetrznej walki, bo wiedziałam, że to tylko spotęguje lęk. Wbrew pozorom o wiele lepszym rozwiązaniem jest zgodna na lęk i panikę.

W tamten dzień weszłam na drogę, która porwadzi do mojego wyzdrowienia. Nadal idę tą drogą. Jestem na niej o wiele dalej niż 3 miesiące temu, ale zdaję sobie sprawę z tego, że ta droga przede mną jest jeszcze bardzo długa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz