Dzisiaj już mi trochę chyba lepiej, bo zwlekłam się z łóżka, łażę po domu i zrzędzę, że wszędzie bajzel, więc najwyraźniej zdrowieję. Niestety humorek mam paskudny.
Strasznie dzisiaj siebie nie lubię, nienawidzę wręcz. Ogólnie nie lubię się mniej więcej od tygodnia kiedy to zaległam w łóżku i całkowicie zaniedbałam wszystko to, co miałam do zrobienia w tygodniu. Przez to, wszystkie sprawy jeszcze bardziej mi się nawarstwiły i nie wiem jak ja od poniedziałku to wszystko poukładam i rozwikłam, bo wszędzie mam tyły. Humorek z dnia na dzień miałam coraz gorszy i zamiast otwarcie umieć to pokazać, opowiedzieć i podzielić się troskami z bliskimi, żeby jakoś mogli mnie pocieszyć, pogadać albo po prostu pobyć ze mną, to zwinnie z uśmiechem na twarzy udaję, że wszystko gra i jest ekstra. A wcale nie gra, ale nie chcę tym Mariuszowi głowy zawracać, głupoty jakieś, a on taki zapracowany, stara się i przemęczony jest, więc nie będę mu wyskakiwać z jakimiś głupimi pierdołami totalnie nieważnymi. On się stara i pracuje, a ja w łóżku leżę i nic nie robię. Totalny nierób jestem i leń nic nie warty.
Mariusz dziś coś zauważył i robił podchody, a ja rozpętałam kłótnię, bo nie chciałam mu mówić jak bardzo mi źle. Nie umiem, nie potrafię powiedzieć jak bardzo paskudnie się czuję. Nawet chyba bym chciała powiedzieć ale nie umiem, absurd jakich mało. Mam ochotę się wyryczeć, że już nawet nie pamiętam po co ja się tak meczę i tak nie warto, bo i tak mi się nigdy nic nie uda, bo i tak zawsze byłam i będę nikim, śmieciem nic nie wartym, patologia, nigdy nic się nie poprawi, wszystko co robię jest nic nie warte, bo robię za mało i za wolno. Wielkie mi osiągniecie wyjście z domu do sklepu albo załatwienie czegoś drobnego na mieście, to wszystko się nie liczy. Miliony ludzi robią to codziennie bez mrugnięcia okiem, a tylko ja taka niedorajda mam z tym problem.Te moje małe kroczki są nic nie warte, bo są za małe. Powinnam szybciej, lepiej... powinnam, a tymczasem się potykam i motam i chociaż bardzo się staram to i tak to wszystko jest nic nie warte, bo za wolno i za mało. Mamy tu i teraz bardzo realne problemy, nie ma czasu na moje potykanie się, nie ma czasu na "powoli", czas ucieka, zmarnowałam go już wystarczająco dużo, nie mam więcej. Chcę szybciej i więcej, a nie potrafię, nie umiem, zero kompletne. Wrrrr, czasem nienawidzę samej siebie.
Jest mi źle, a jeszcze gorzej jak sobie pomyślę, że nawet nie potrafię powiedzieć normalnie słowami na poważnie, że jest mi bardzo ciężko ze wszystkim. Ciężko mi z paniką, ciężko mi z obcymi ludźmi na ulicach, ciężko mi w nowym miejscu, w nowym domu, w sklepie, urzędzie, z "miastowym" hałasem, z nowym listonoszem, sąsiadami, w nocy z koszmarami i atakami paniki, których przez to moje teraźniejsze niezdrowe myślenie mam coraz więcej. To jest absurd, bo ja wiem, że takie myślenie mi szkodzi, ale nie potrafię dzisiaj pomyśleć inaczej. Zupełnie jakbym miała klapki na oczach. Zastanawiam się gdzie się podziało moje logiczne myślenie i moja akceptacja, nie ma ich tu koło mnie ostatnio. Wszystko jest źle. Wszystko co dotyczy mnie wydaje mi się tak bardzo nie ważne, cała ja jestem nie ważna, że aż nie ma sensu o tym mówić. A już całkiem nie ważne jak się czuję, nawet jak próbuję o tym mówić, to brzmi niepoważnie, bo Mariusz zaraz zaczyna się śmiać i pukać w czoło, bo myśli że żartuję, a ja nie żartuję. Mam wszystkiego dosyć, dosyć lęku, dosyć tego że jestem nierobem, który boi się własnego cienia i próbuje jakoś się wygrzebać z bagna, ale to bagno i tak silniejsze zawsze będzie, nigdy nie wygram. Mam dosyć nawet własnej siostry, która przez swoje samolubstwo od kilku tygodni robi mi darmowy wyczerpujący trening asertywności, a ja jak takie nieporadne głupie cielę nie umiem sobie poradzić, totalne dno. Jestem wściekła na siebie tak bardzo, że aż mi się gotuje wszystko w środku. Wielka złość jest we mnie. Nic nie warty śmieć. Tak bardzo chciałabym normalnie żyć, a nie umiem, bo mam milion kretyńskich ograniczeń z którymi walczę każdego dnia i czasem nie mam już siły i nie wiem po co to wszystko.
Chyba oddalę się na trochę, pooglądam jakiś bezmózgi serial, poczytam jakąś mało ambitną lekturę, albo na kwejku posiedzę, to może mój umysł potem zacznie funkcjonować z powrotem w miarę normalnie, bo dzisiaj jak widać jestem nie do życia.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Wiesz, że ja miewam podobnie z tym wytykaniem sobie, że za mało robię, że za mało, za wolno, za ślamazarnie...
OdpowiedzUsuńMimo, że czasem i takie "przestoje" są potrzebne i nawet dzięki temu można coś dla siebie uzyskać i... czasem zrozumieć. A później racasz z nową energią.
Trzymam kciuki i przytulam mocno
Dziękuję :) wiem, że masz rację.
OdpowiedzUsuńTak sobie czasem myślę... mi czasami okropnie trudno zaakceptować, że w mojej pracy nad sobą może się zdarzyć, że zrobię taki mały "przestój" zatrzymam się, czy że po czasie małych zwycięstw 'utknę'. Chciałabym wszystko teraz-zaraz i nie ważne czy chodzi o pracę w ogóle, pracę nad sobą czy fajne relacje z innymi. Ciągle wydaje mi się, że mogłabym szybciej i lepiej...
OdpowiedzUsuńMimo, że sama wiem, że wartość ma wszystko, nawet te chwile pozornego 'cofnięcia się'.
Tylko czasem trudno...