Sezon rowerowy w pełni. :)
Pamiętam kiedy rok temu uczyłam się wychodzić z domu na rower i pamiętam też ile wysiłku kosztowało mnie odjechanie od domu na kilka metrów. Pamiętam jak miałam ataki paniki i jak się strasznie, potwornie czułam, to był ogromny wysiłek, ale jednak uparcie dzień po dniu wychodziłam żeby pojeździć. Dzisiaj z radością obserwuję jak mi się jednostki miary skróciły w głowie.Niesamowite to jest. :) Teraz 1km to dla mnie nic wielkiego, a kiedyś małe 50m od domu to była wielka wyprawa jak na Everest. Cieszę się, że rok temu byłam taka dzielna, uparta i konsekwentna, doceniam to co zrobiłam sama dla siebie i teraz dzięki tamtej ogromnej pracy mogę sobie jeździć gdzie chcę i jak chce i nawet jeśli dostanę po drodze paniki, to nic wielkiego się nie dzieje i nadal się cieszę wycieczką. Na rower chodzę sama, bo Mariusz niestety ciągle jest w pracy, z nim by mi było weselej, ale też sobie myślę, że takie samotne wyprawy mają swoje plusy. Wtedy wiem, że mogę liczyć tylko na siebie i sama siebie mogę wtedy przekonać, że potrafię całkiem sporo osiągnąć. Ostatnio wybrałam się na rowerze na naszą wiochę. Łącznie tamtego dnia przejechałam z 40 km. Pogoda była fajna, bo słońce świeciło, ale wiatr był paskudny tak bardzo, że kilka razy zwątpiłam i musiałam sobie robić przystanki. Miałam w drodze powrotnej ataki paniki, ale były one lajtowe, więc spokojnie sama sobie poradziłam. W pewnym momencie utknęłam, w drodze powrotnej. Przede mną z 20 km do przejechania a ja czuję, że siły nie mam, bo wiatr wiał mi prosto w twarz, a ja przecież kiedyś tak bardzo się bałam tego paskudnego wietrzyska. Teraz mi został raczej sam strach przed strachem :) wiatru się nie boję, tylko tego, że mogę zacząć się go bać. :) Zakręcone to, ale tak właśnie mam. Kiedy utknęłam na tej wsi, to sobie pomyślałam, że czy tak czy tak jakoś dotrę w końcu do domu, że przecież mi się nie śpieszy i mogę sobie na przykład odpoczywając porobić zdjęcia. Tak też zrobiłam i wyszły mi całkiem ładne. Czułam się bezpieczna w 100%, znałam tę trasę na pamięć. W czasie robienia zdjęć uspokoiłam się i odpoczęłam i mogłam kontynuować powrót do domu. Zadzwoniłam też do Mariusza, żeby mi dodał odwagi, bo czasami mam tak, że nie wierzę sama w siebie i bardzo wtedy potrzebuje, żeby ktoś mi bliski powiedział, że on we mnie wierzy. Wiem, wiem, głupiutkie to, ale myślę sobie, że kiedyś nauczę się wierzyć sama, a teraz jeszcze troszkę potrzebuję wsparcia. :)
W końcu po jakimś czasie dotarłam do domu wykończona ale szczęśliwa. Teraz wiem, że poradzę sobie w najróżniejszych sytuacjach i że naprawdę mogę liczyć na siebie.
Ostatnio też odkryłam coś zupełnie nowego. :D Jak nagle rower zacznie szwankować, to można pójść sobie z nim do sklepu rowerowego gdzie miły pan go naprawi. Wystarczy tylko otworzyć gębę i zagadać. Byłam bardzo mile zaskoczona kiedy się okazało, że jednak potrafię rozmawiać z całkiem obcymi ludźmi i żadna tragedia mi się nie dzieje, ani nie mam paniki ani język się nie plącze. Wystarczy być sobą i po prostu porozmawiać, dzięki temu można nawet dostać zniżkę. :) Pozdrawiam wszystkich panów ze sklepów rowerowych którzy pomagają "biednym" i "bezsilnym" kobietom, które się nie orientują jak wymienia się pedały czy dętkę i wcale nie wiedzą, że łańcuch to trzeba naoliwić. :)
A teraz pójdę... pojeździć i radzę Wam, zróbcie to samo, bo pogoda dziś wyjątkowo "rowerowa". :)
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Też ostatnio szaleję na rowerze:)
OdpowiedzUsuńCieszę się, że u Ciebie tak pozytywnie:)
40 km jednego dnia:)? WOW!:) Moja kondycja jest zerowa hehe.
OdpowiedzUsuńGratuluje!!
Taka wiosenna pogoda podgania strachy i smutki, co:)?
pozdrawiam:*
Kaja