Z samego rana wybieramy się z mężem na piknik. Pojedziemy na rowerach, poszukamy jakiegoś fajnego miejsca pod drzewami, uwalimy się na kocyku i będziemy się relaksować. Weźmiemy ze sobą jakieś książki i coś do jedzenia. Ha! Nie mogę się doczekać!
Kiedyś już w tej chwili bym czuła niepokój i szuakałabym wykrętów, żeby jednak zostać w domu. Zapewne nie usnęłabym do rana, bo panika we mnie już by rosła. Pojawiłyby się natrętne myśli (że nie dam rady, bo to daleko, a co będzie jak się źle poczuję, na pewno nie dam rady), atak paniki był nieunikniony. W taki właśnie sposób lęk dyktował mi warunki przez ostatnie lata. Kiedyś z wycieczki nic by nie wyszło, bo nawet jakbym w końcu wyszła z domu, to zanim byśmy wsiedli na rowery, już czułabym dziwne uczucie w brzuchu. Najpierw przewracanie się wnętrzności, a później "supeł". Wszystkie mięśnie w całym ciele byłby napięte, ręce zciśnięte w pięści, szczęka zaciśnięta tak mocno, że aż bolą skronie i zęby. Nie można rozluźnić mięśni, bo robi się coraz gorzej, jak tylko próbujesz się rozluźnić, to czujesz, że odpływasz, że tracisz przytomność. Dlatego trzeba być napiętym. Trzeba się kurczowo trzymać samego siebie, żeby mieć nad wszystkim kontrolę. Po chwili do tego wszystkiego by dołączyło kołatanie serca, zimne poty, drętwienie rąk i ust, język by był jak kołek. Miałabym bardzo silne duszności. Mocno nabierałabym powietrza, jak ryba wyjęta z wody, albo zmuszałabym się do ziewania, bo tylko w taki sposób mogłabym wziąć w miarę pełny oddech. Po krótkim czasie poczułabym kłucie w klatce piersiowej, albo bym czuła wielki ciężar na sercu, jakby ktoś mnie przycisnął wielkim kamlotem. Moja panika z każdą sekundą by rosła. Światło by było za jasne, wiatr za silny, hałas za głośny. Od nabierania powietrza na siłę odczuwałabym zawroty głowy, robiłoby się ciemno przed oczami. Bolałaby mnie skóra na całym ciele. Wiecie jakie to jest okropne uczucie, kiedy skóra sama z siebie zaczyna boleć? Czujesz wtedy każdy dotyk bardzo mocno. Rękawy od bluzy leżą na rękach i sprawiają niesamowity ból, wszystko zaczyna przeszkadzać, buty nagle są za ciasne, stopy bolą od skarpetek, nogi od spodni.. Wszystkiego jest za duzo, robi się za ciasno.W końcu poczułabym, że już dłużej nie dam rady, że zemdleję, albo mam zawał i umrę, w najlepszym wypadku zrobię z siebie idiotkę na oczach sąsiadów, którzy akurat teraz stoją i perfidnie się na mnie gapią, tylko po to, żeby za chwilę mnie obgadywać. Od momentu wyjścia z domu upłynęłoby dopiero kilknaście sekund, a ja bym myślała, że minęła cała wieczność. Mało kto jest w stanie w ciągu tak krótkiego czasu doświadczyć tylu nieprzyjemnych objawów. To wszystko by się stało zanim jeszcze byśmy gdziekolwiek wyruszyli, więc muslielibyśmy wrócić szybko do domu. Bardzo szybko, błyskawicznie, natychmiast, najlepiej bigeim, teraz, już! W domu będzie lepiej, wszystko przejdzie. Po takich silnych przeżyciach usnęłabym jak tylko bym zdołała trochę się uspokoić. Po przebudzeniu moja nienawiść do siebie samej by gigantycznie wzrosła. "Znowu mi się nie udało, nigdy się nie uda, jestem głupia, jestem wybrykiem natury, który nawet nie umie wyjść z własnego domu". Z takiego myślenia powstałoby błędne koło. Nie mogę wyjść z domu, bo nie akceptuję swoich niedoskonałaości- nie akceptuję swoich niedoskonałości, bo nie mogę zrobić tak zwykłej rzeczy jak wyjście z domu. Takie życie "w więzieniu", które potocznie nazywamy domem, może trwać bardzo długo. U mnie trwało 7 lat, nie chcę wiecej. Nauczyłam się, że jeśli zakaceptuję siebie taką jaka jestem, to będzie mi łatwiej. Nie muszę być doskonała. Nikt nie jest doskonały. Każdy ma jakieś wady, albo niedoskonałości. Ja wcale nie muszę być idealna, bo mogę być szczęśliwa taka jaka jestem. Ataki paniki są bardzo przykrym doświadczeniem. Człowiek wtedy naprawdę myśli, że umiera. Występuje tyle różnych silych objawów na raz, że nie jesteśmy sobie w stanie przetłumaczyć, że nic się nie dzieje. Cały czas czujemy ogromny lęk i strach o własne zdrowie i życie.
Teraz już się tego nie boję. Dotarło do mnie, że atak paniki może mnie dopaść gdziekolwiek jestem. Wbiłam sobie do głowy, że od tego się nie umiera, i choć czuję się podle, to jednak te wzystkie okropne rzeczy przeminą. Nawet jeśli trwałyby kilka godzin, to i tak w końcu odpuszczą. Lapiej się zgodzić na to, przeżyć i przeczekać, niż spinając się toczyć wewnętrzną walkę z objawmi.
Teraz już wiem, że mogę spokojnie się rozluźnić, bo tak naprawdę nigdzie nie"odpłynę", a rozluźnienie pomoże mi zaakceptować mój stan. Jestem bezpieczna, nie dzieje się nic złego. Panika przyda mi się jak będzie gonił mnie wściekły pies, wtedy doda mi sił do ucieczki, a teraz jest zupełnie niepotrzebna, bo jestem bezpieczna. Napięte mięśnie w trakcie ataku paniki pięknie pokazują jak bardzo mocno walczymy sami ze sobą. To wszystko jest niepotrzebne. Lepiej poddać się temu uczuciu paniki, i przeczekać w bezpiecznym miejscu. Nawet jeśli sąsiedzi się gapią , to i tak mogę położyc się na trawie, i przeczekać. Czy w jakiś konkretny sposób zaszkodzi mi to, co oni sobie pomyślą w tamtej chwili o mnie? Oczywiście, że nie. Ja mogę sobie robić co chcę, a i tak ich myślenia na swój temat nie zmienię. Dla nich zawsze będę "tą wariatką", czy zatem powinno mnie obchodzić co w ogóle myślą o mnie? Ich myśli nie wpływają bezpośrednio na moje życie. Jestem wolnym człowiekim, i mogę sobie żyć jak chcę, a oni będąc równie wolnymi ludźmi, mogą sobie stać, gapić się i myśleć co chcą.
Dlatego wiem, że rano dam radę pojechać na piknik i świetnie się bawić. Jeśli panika będzie chciała pojechać ze mną, to bardzo ją zapraszam, poleżymy sobie razem na tym kocu. Jestem cierpliwa, rozluźnię się, poczekam aż jej się znudzi i pójdzie sobie. Ja wtedy znowu zacznę miło spędzać czas i po jakimś czasie na rowerze, o własnych siłach przyjadę do domu, i będę dumna z siebie, bo to nie lada wyczyn po wielu latach wyjść do świata.
Piszę tego posta dla tych, którzy nigdy nie mieli ataku paniki i nie wiedzą jak to jest. Teraz możecie zobaczyć z czym się zmagałam przez ostatnie lata. Ataki paniki miałam codziennie, czasami nawet kilka razy w ciągu dnia. Wyobraźcie sobie jaka to męczarnia czuć dzień w dzień te wszystkie okropności na raz. Czasami przez kilka godzin, a raz nawet kilka dni bez przerwy. Na szczęście teraz wygrywam, i się nie poddam. :)
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

jeżeli można być dumnym z kogoś,kogo się nie zna,to jestem dumna z Ciebie :)
OdpowiedzUsuńDziękuję. :))
OdpowiedzUsuńCzytając wczoraj Twojego bloga zastanawiałam się właśnie, co to właściwie znaczy "atak paniki". Notka jak na zamówienie ;) Ciężko mi to nawet sobie wyobrazić, a co dopiero przeżyć. Jesteś bardzo dzielna, trzymam kciuki i kibicuję :)
OdpowiedzUsuńWłaśnie wczoraj tak sobie pomyślałam, że przyda się taka notka dla tych, którzy nigdy nie mieli stycznosci z newicą, lękami i paniką. Chciałam w przystępny sposób opisać to, co się dzieje z człowiekiem podaczas takiego ataku, że nie można "wziąć się w garść" i iść na przód. Wbrew pozorom to jest bardzo ciężka i mecząca choroba. Dzięki za kciuki. :)
OdpowiedzUsuńPamiętam jaką męczarnią jest ukrywanie paniki w towarzystwie. Nawet jeśli objawy nie są mocno nasilone, to np co zrobić z nieustannym ziewaniem? - tego nie sposób ukryć. Okropność... Oby nigdy więcej :-)
OdpowiedzUsuńAlex
He, he... Chyba trochę nieproszony tu trafiłem, bo nie należę do tych, którym jest to obce :)
OdpowiedzUsuńBardzo dobry opis. Oczywiście pod warunkiem, że w ostatnim zdaniu czytamy: "...i się nie poddam." :)
Ups... już poprawiłam. :D
OdpowiedzUsuńLubię zaglądać na Twojego bloga:)
OdpowiedzUsuńKiedy przeczytałam słowa o tym, co myślą o Tobie sąsiedzi i że nie masz na to wpływu, pomyślałam że mi samej też by się przydało takie podejście: myślenie "co pomyślą inni" to mimo wszystko dalej mój problem czasem, choć idzie ku lepszemu:)
Szczególnie ten fragment o zapraszaniu paniki na piknik mnie rozbawił- chciałabym mieć czasem tak dystans do swoich "zagmatwań":)
witam a jak mam caly czas jakies dziwne uczucie leku jakby motyle ale to cos gorszego i bardzo dokuczliwego w brzuchu i klatce piersiowej.. i tak codziennie.. juz mam tego dosyc.. czy to minie? tez tak mialas? pozdrawiam
OdpowiedzUsuńTak miałam tak, tez tak jak ty bardzo długo. W końcu przeszło. Na to sie nie umiera na szczęście :) ale może pomyśl o wizycie u lekarza albo psychologa.
OdpowiedzUsuńTrafiłam na Twój Blog przypadkiem, kiedy szukałam informacji o nerwicy i czytam post po poście. Zupełnie jakbym czytała o sobie! Z tym, że moje objawy nie są jeszcze tak mega nasilone. W obrębie swojego domu czuję się bezpiecznie - pod warunkiem, że nie jestem sama. Czuję się bezpiecznie w mieszkaniu mojego Faceta, ale kiedy on jest ze mną.
OdpowiedzUsuńNaprawdę podziwiam Cię, że podjęłaś z nerwicą walkę! Ja z moją zmagam się 10 lat, z tym, że do tej pory były to ataki lęku panicznego raz/dwa razy do roku trwające po kilka tygodni. Teraz dopadło mnie 16 grudnia i trwa do dziś. Raz lepiej raz gorzej. Chodzę do psychologa, ale niewiele to pomaga. Problem jest we mnie i sama muszę się z nim uporać. Też mam paniczny lęk przed jakimkolwiek wysiłkiem fizycznym.
Dzięki Tobie zaczynam wierzyć, że i mi może się udać i że mogę zacząć normalnie żyć. Muszę tylko zacząć o to walczyć. Dziękuję!
Dobrze opisane, mi panika nie jest obca , ehh ale warto wierzyć , że będzie lepiej !
OdpowiedzUsuńMam to samo i już straciłem wiare że w ogle kiedys bedzie lepiej ;((. najgorsze jest jak wszyscy znajomi jada gdzies na impreze a Ty wsziesz ze nie mozesz choc bardzo bys chcial .Przez te ataki straciłem wiele pieknych chwil w zyciu i znajomych .
OdpowiedzUsuńMam to samo ;| i straciłem nadzieje ze w ogole kiedys bedzie lepiej ;| , przez te ataki straciłem wiele pięknych chwil w życiu .. Najgorsze jest jak wszyscy znajomi jada gdzieś na impreze lub wycieczki a ty wiesz ze nie mozesz , okropne uczucie żalu , rozpaczy i bezradnosci ...
OdpowiedzUsuń