Kiedy opanowałam już wychodzenie z domu na spacer, postanowiłam skupić się na czymś nowym. Padło na rower. Kiedyś codziennie jeździłam na rowerze i uwielbiałam to. Moje wycieczki rowerowe skończyły się wraz z atakiem nerwicy. Z biegiem czasu przybywało mi pełno nowych objawów. Jednym z nich było to, że dostawałam bardzo silnego ataku paniki przy jakimkolwiek wysiłku fizycznym. Po krótkim czasie okazało się, że nie mogę robić prawie nic co wymaga choć odrobiny wysiłku. Oczywiście unikałam takich sytuacji jak ognia. To nie było najlepsze rozwiązanie, bo lęk tylko rósł, a moja kondycja spadała.
Kiedy pomyślałam, że chciałabym pojśc sobie na rower, najpierw musiałam coś zrobić, żeby nie czuć paniki przy zmęczeniu. Postanowiłam trenować oswajanie tego lęku najpierw w domu. Zajęło mi to prawie dwa miesiące.
Codziennie ćwiczyłam na rowerku stacjonarnym. Wiedziałam doskonale, że panika nadejdzie, ale byłam na nią gotowa, bo w domu czułam się bezpiecznie. Nie pomyliłam się, szczególnie na początku panika była bardzo silna. Czasami nie dawałam rady "jeździć" nawet 5 minut. Dzielnie codziennie znosiłam ataki, byłam zdeterminowana. Po dwóch tygodniach okazało się, że daję radę trenować już 10 minut, i dopiero po tym czasie pojawiał się atak. Te ataki nie zniechęcały mnie, bo już wcześniej sobie zaplanowałam, to że będe je miała. Zaakceptowałam to, i poddałam się lękowi. Zawsze przeczekiwałam atak, nie sprzeciwiałam mu się, i nie miałam do siebie żalu o to, że lęk się pojawia. Dzięki temu po jakimś czasie te ataki były coraz słabsze. Kosztowało mnie to naprawdę dużo wysiłku. Codziennie przez prawie 2 miesiące godziłam się na panikę, to bylo bardzo wyczerpujące, ale warto było. Jakiś czas temu zauważyłam, że mogę pedałować pół godziny i panika nie pojawia się. Uznałam, że jestem gotowa. Pierwsze próby były bardzo nieśmiałe. Wychodziłam z mężem na rower dosłownie na chwileczkę, i jeździlismy tylko przy domu. Pewnego dnia postanowiłam, że chcę pójść sama. Mąż siedział przy oknie z telefonem, a ja pojechałam. Oczywiście czułam lęk, i te pierwsze moje wycieczki wcale nie należały do przyjemnych, ale znowu atak paniki miałam na swojej "liście rzeczy do zrobienia", więc nie mogłam się obwiniać za to, że panika mnie zaatakowała. Zawsze wtedy schodziłam z roweru i czekałam aż wszystko minie. Kiedy zobaczyłam, że to działa, panika odchodzi, a ja mogę się nawet troche zmęczyć,to można powiedzieć, że się rozszalałam. Zaczęliśmy jeździć coraz dalej. W pewien weekend pojechalismy do supermarketu, który był bardzo daleko od domu. Do samego sklepu nie weszłam, ale byłam bardzo szczęśliwa, że dałam radę pojechać. Teraz prawie codziennie odprowadzam męża na rowerze do pracy. Dojeżdżam z nim prawie do samego miasta. Ponad 10 km od domu (w jedną stronę). Mąż jedzie dalej do pracy, a ja wracam do domu. Kiedy czuję się gorzej, to jadę sobie powolutku, ale coraz częściej łapię się na tym, że rozpędzam się bardzo mocno i nie doświadczam już paniki, no może czasami leciutki niepokój, który również akceptuję. Teraz już nie boję się przebywać sama ze sobą, znowu sobie zaufałam. Lubię jeździć w samotności, czuję się jak kiedyś. Odnalazłam siebie.
piątek, 10 czerwca 2011
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz