Wczoraj bardzo boleśnie przekonałam się o tym, że na siłę nic mi się nie uda.
Pojechałam na rowerze popołudniu po męża na przystanek. Całe moje ciało wołało do mnie, żebym tego nie robiła, bo jestem zmęczona. Ja jednak uparcie wzięłam rower i pojechałam
To co przeżyłam potem było największym koszmarem odkąd staram się oswajać lęki. Nadal często źle się czuję, opisuję to w zabawny sposób, bo tak jest mi łatwiej. Wolę pośmiać się z tego wszystkiego, niż pokazywać wszem i wobec jak bardzo jest źle. Ciesze się, że coraz lepiej się czuje, ale to nie znaczy, że jest już ok. To co przeżyłam wczoraj było prawdziwym horrorem, jednak nie przeszkodziło mi w dotarciu do celu.
Już przed samym wyjściem z domu odczuwałam pierwsze objawy. Bolał mnie żołądek, i czułam lekki niepokój, który z każdą minutą się zwiększał. Oczywiście zbagatelizowałam te uczucia i bardzo źle zrobiłam. Wszystko robiłam powoli, żeby pokazać samej sobie, że ta sytuacja jest bezpieczna, myślałam, że to wystarczy.
Po wyjściu z domu zrobiło się jeszcze gorzej, doszły inne objawy, a do tego sąsiedzi siedzieli na zewnątrz. Musiałam się do nich odezwać i zrobiłam to z trudem. Serce zaczęło mi walić jak szalone i dopadły mnie tak znienawidzone przeze mnie duszności. Jadnak znowu nawet to mnie nie zatrzymało, na siłę szłam dalej. Wsiadłam na rower i zaczęłam pedałować.
Bardzo cieżko mi się jechało, do przystanku mamy jakieś 3-4km, byłam pewna, że dla mie to pestka bo ostatnio dziennie przejeżdżam 16km.
Po drodze dostałam zadyszki, było mi strasznie gorąco, bo za ciepło się ubrałam. Zaczęło kręcić mi się w głowie, a ręce zdrętwiały. Jechałam tą nielubianą przeze mnie drogą i to powodowało jeszcze większy niepokój. Jeździło dużo samochodów i wszędzie było pełno ludzi, żuliki pod sklepem się wydzierały na chwiejnych nogach. Nie lubię ludzi, mam fobię społeczną. Ludzie od razu zaczęli mi przeszkadzać, byli za głośni, było ich za duzo i na dodatek się na mnie patrzyli. Myślałam, że zemdleję. Na szczęście jakoś dojechałam do celu.
Zsiadłam z roweru i od razu uderzyło mnie uczucie derealizacji- miałam poczucie, że wszystko jest jakieś nierealne, jakby nic nie było prawdziwe. To jest naprawdę straszne przeżycie, które zawsze doprowadzało mnie do jeszcze większych ataków paniki. Nie wiem czy derealizację miałam od zmęczenia, czy od jakiegoś lęku, ale wiem, że poczułam się z nią bardzo niepwenie.
Nie mogłam się doczekać kiedy przyjedzie autobus męża. Moje objawy z każdą minutą były coraz silniejsze. Zawroty głowy były bardzo silne. Kołatanie serca nie dawało mi spokoju. Miałam zadyszkę, duszności były ogromne, a do tego powietrze było ciężkie i gorące. Czułam jak krew mocno pulsuje mi w skroniach, było mi słabo, swiatło mnie raziło, wszystkie dźwięki były za głośne, no i ta derealizacja... W końcu mąż przyjechał.
Muslielśmy trochę tam postać, żebym dała radę dojść do domu. Wracaliśmy na pieszo, a dla mnie to było bardzo daleko. Byłam strsznie zmęczona, czułam się jakbym miała z 80 lat. W pewnej chwili zaczęła mnie boleć lewa strona ciała, takie bardzo silne kłucie w okolicy serca, do tego te drętwiejące ręce, oczywiście jak każdy nerwicowiec najpierw zlękłam się, że mam zawał. Na szczęscie szybko sobie przypomniałam o wszystkim czego się nauczyłam. Byłam tam bezpieczna, nic złego się nie działo, a od paniki przecież nie można umrzeć, ona zawsze przemija. Robiliśmy sobie kilka przystanków, moje samopoczucie było okropne, ale udało się nam w zględnym spokoju i bez pośpiechu dojść do domu, chociaż zajęło nam to godzinę.
Następnym razem muszę bardziej wsłuchiwać się w swoje ciało, i nie porywać się na takie wyprawy po nieprzespanej nocy, porannej 10cio kilometrowej przejażdżce rowerowej i całym dniu prac domowych.
Zapłaciłam za to wszystko jeszcze dziś rano.
Kiedy jechałam odprowadzić męża i on już pojechał w swoją stronę, a ja zostałam sama 8km od domu. Nagle znowu dopadła mnie derealizacja, dzięki niej po krótkim czasie miałam znowu większość wczorajszych objawów, na dodatek jechałam pod wiatr. Znowu pamiętałam o wszystkim czego się nauczyłam do tej pory, o bezpieczeństwie i o tym, że panika mija i tylko dlatego udało mi się normalnie wrócić do domu.
Po powrocie wzięłam prysznic i poszłam spać. Niestety przez sen miałam atak paniki i obudziłam się przerażona. Do teraz jestem trochę niespokojna, nawiedziły mnie natrętne myśli i derealizacja nadal mnie trzyma.
Dlatego dam sobie już dzisiaj spokój. Będę miała lenia, nic nie posprzątam w domu i już dziś nie pójdę na rower. Jeśli do jutra mi nie przejdzie, to też zrobię sobie wolne. Chwilowo mam dosyć spektakularnych sukcesów i bohaterskiej postawy.
"Polak mądry po szkodzie"
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Myślę, że jesteś bardzo dzielna. Każdy ma lepszy lub gorszy dzień. Nie poddawaj się, zaszłaś już tak daleko. Widzę, że masz w sobie wiele siły.
OdpowiedzUsuńKiedy ja miałam gorszy dzień, żeby odwrócić myśli słuchałam nagrań relaksacyjnych. Bardzo mi pomagały. Jak chcesz to Ci wyśle na maila. Pozdrawiam Rita.
grejs71@interia.pl