Dzisiaj byłam z mężem w dwóch sklepach. Pojechaliśmy na rowerach, najpierw do tego który jest dalej. Fajnie się jechało, bo powietrze po deszczu było rześkie. Pojechaliśmy drogą której nie lubię, ale tak szybko dojechaliśmy na miejsce, że nawet za bardzo nie zdążyłam się zestresować.
Ustawiliśmy rowery, ale ja nie chciałam wejść do środka. Nie za dobrze czuję się w obcych miejscach, oswajam to po mału i wiem, że niedługo będę mogła robić normalnie zakupy. Teraz jednak muszę jeszcze nad tym popracować.
Mąż wszedł do środka, a ja zostałam. Ten sklep mieści się w takim 4ro piętrowym bloku na parterze. Zostałam na podwórku obok wejścia, ale miałam pecha. Przyszedł jakiś podchmielony facecik, i zaczął rozmowę z kobietą, która siedziała w oknie na pierwszym piętrze. Stał bardzo blisko mnie i się wydzierał, więc trochę było mi niekomfortowo. Odeszłam sobie kawałak, ale nadal wszystko słyszałam. Myślałam, że zwariuję, bo zaczęli rozmawiać o ranach otwartych na plecach! Czy już naprawdę ludzie nie mają o czym rozmawiać? Co za beznadziejny temat na pogaduszki...Myślałam, że tam padnę. Zawsze byłam wyczulona na takie tematy, i czasami od samych opowieści mdlałam. Nienawidzę jak ktoś rozmawia o krwi, ranach, szpitalach czy wypadkach, od razu robi mi się słabo. Tak samo było i tym razem. Czułam jak świat zaczyna mi wirować, zrobiło mi się niedobrze. W pośpiechu chciałam posłuchać muzyki. Zaczęłam w torebce(tak Alex, w tej fioletowej od Ciebie :-) ), szukać słuchawek. Oczywiście nie mogłam ich znaleźć, chociaż torebeczka jest malutka, to i tak one się w niej zgubiły! W końcu zła wysypałam z niej wszystko do koszyka na rowerze. Czułam jak robi mi się coraz gorzej, bo opowieść podchmielonego pana nabierała kolorów. Mój żołądek wywinął się na lewą stronę, w głowie się kręciło, a na czole miałam zimny pot. Nerwowo dorwałam w końcu te słuchawki, ale oczywiście się zaplątały. Zaczęły trząść mi się ręce. Po krótkiej szarpaninie uznałam, że prędzej tam padnę niż rozplączę te kableki. Wrzuciłam wszystko do torby i odważyłam się wejść do sklepu. Slepik ciasny, załadowany towarem, gorąco jak w piekle, i dziwny zapach. Na szczęście oprócz męża i sprzedawczyni nie było nikogo. Weszłam, powiedziałam mężowi co ma kupić. Nie ustałam tam za długo, bo od tego gorąca zrobiło mi się jeszcze gorzej. Po mału bez pośpiechu (było przecież bezpiecznie), wyszłam znowu na dwór i całe szczęście, że to zrobiłam. Dwóch żulików właśnie "tesotwało" mój rower. Usłyszłam jak jeden mówi do drugiego: "To co, bierzemy?" . Tak się wściekłam, że miałam ochotę ich pobić. Podeszłam do nich, zlękli się, szybko odskoczyli i zabrali ręce z mojej kierownicy, poszli i weszli szybko do sklepu. Gdybym została w sklepie chwilę dłużej, to zapewne nie miałabym już roweru.
Mąż wyszedł po chwili z zakupami, ale okazało się, że jak to zwykle na wsi bywa, w sklepie nie było ani ziemniaków ani jajek. Jeśli ktoś myśli, że na wsi zawsze są jajka czy warzywa to się grubo myli. Trzeba było jechać do drugiego sklepu, tego bliżej domu. Musiałam się przejść kawałek na pieszo, bo się źle czułam. Kiedy panika odeszła, wsiedliśmy na rowery i pojechalismy. Tym razem, nie wchodziłam do środka, bo sklep był pełen pijanych, ludzi którzy bardzo głośno grali w jednorękiego bandtyę. Odpuściłam sobie ten widok i zapachy, wolałam zostać na zewnątrz. Tutaj mieli i jajka i ziemniaki, ale były 3 razy droższe niż w mieście. Do miasta się dziś nie wybieramy, więc trzeba było kupić. Ach te uroki wsi...
Teraz już jestem w domu. Hahah nadal jestem blada, ale szczęsliwa, bo udało mi się dojechać i wejść sklepu. Swoją drogą, jakiego to trzeba mieć pecha. Wychodzi się na pół godziny z domu i od razu takie przygody.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Michu się nie boi żulików grzebiących przy rowerze, gorszy jest zapach w sklepie :-))
OdpowiedzUsuńCały urok tego paskudztwa...
Ale i tak jak zawsze Michu była dzielna :-]
A do opisu klimatu tego fantastycznego miejsca brakuje tylko wina marki "Arizona" ;-)
Haha racja. :D
OdpowiedzUsuń