Dzisiaj rano byłam sama w sklepie!
Mąż pojechał do pracy PKSem, pojechałam na rowerze odprowadzić go na przystanek. Kiedy wracałam sama pomyślałam, że warto spróbować. Podjechałam do naszego małego wiejskiego sklepiku. Trochę się zlękłam kiedy zobaczyłam stojących przed nim pijaczków. Zrobiło mi się gorąco i wszystko w środku mi się trzęsło. Zrobiłam minę z cyklu "bez kija nie podchodź", zeszłam z roweru i chwilę postałam żeby nabrać odwagi. Przed samym wejściem do sklepu czułam taką chwilę zawahania, żeby prysnąć gdzie pieprz rośnie, ale spokojnie odczekałam, aż to uczucie odeszło. Wtedy się odważyłam, weszłam po schódkach, a potem do środka. Ha! Dałam radę! Kilka kroków i już byłam przy ladzie. Jeszcze niedawno nie było mowy o tym, żebym odezwała się do kogoś obcego, a teraz sama powiedziałam sprzedawczyni jakie chcę bułki. Kiedy już zapłaciłam i się spakowałam to nie chciałam tak do razu wychodzić. Poudawałam, że oglądam co tam mają ciekawego, a tak naprawdę "poznawałam wroga". Szczerze mówiąc nie było się czego bać. Teraz będę się starała częsciej sama jeździć do tego sklepu. Na razie tylko rano, bo wtedy oprócz pijaczków nie ma nikogo, a w środku jest tylko sprzedawca, a później rozkręcę sie bardziej. :)
Swoja drogą, to ten nasz sklep jest taki dziwny, że by można o tym napisać kasiążkę. Niby to sklep spożywczy, i nigdzie blisko nie ma innego, a tak naprawdę nic w nim nie ma. Nie było ani mleka, ani jogurtów, jajek, ani warzyw i owoców. Leżała jedna stara kiełbasa, na której siedziała mucha i kawałek starego kurczaka, który wyglądał jakby sam zdechł ze starości. Wszędzie pełno pustych półek. Zapewne kiedyś tam leżały warzywa, albo inne rzeczy. Na szczęście bułki były świeże. Ale jedno tam było. W sumie dwie rzeczy, niestety całkowicie dla mnie nieprzydatne. Czyli papierosy i alkohol. I to jaki wybór! Samych papierosów było chyba z 20 róznych marek do wyboru, to samo z piwem. Normalnie raj dla kogoś kto chce sobie zrujnować zdrowie, ale za to głupiej marchewki nie było wcale, że o jabłku nie wspomnę, a myślałby kto, że na wsi sa takie rzeczy. -,-
Już teraz wiem dlaczego zawsze mąż narzeka na ten sklep i denerwuje się kiedy przejdzie taki kawał drogi do niego, a potem nic nie kupi. Naprawdę można stracić cierpliwość.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Super:)
OdpowiedzUsuńCieszę się razem z Tobą:)
Gratuluję sukcesu i życzę kolejnych:)
Dziękuję ^_^
OdpowiedzUsuńnie jest z Tobą źle, bo piszesz tak, że parsknęłam śmiechem:D "kurczak zdechl ze starości" dobre:D:D Trzymaj się !!
OdpowiedzUsuńWitaj Klarko :)
OdpowiedzUsuńHaha często tak mam, że wesoło piszę nawet o niemiłych przezyciach. Tak mi jest łatwiej.
Pozdrawiam cieplutko.
witaj:) doskonale Cie rozumiem, ja miałam takie objawy paniki po wypadku kilka lat temu. Łapały mnie w najdziwniejszych miejscach: na spacerze w pieknym parku, w sklepach, w domu, w nocy we własnym łózku..pamietam te chwile, kiedy dusiłam sie bo nie mogłam sparaliżowana panika oddychać..Teraz bardzo rzadko, ale wracają. Probuje sie im postawic. Pozdrawiam Cie bardzo ciepło!
OdpowiedzUsuńStawianie się nic nie pomoże, wiem z włsnego doswiadczenie, może tylko zaszkodzić. Za to akceptacja i oswajanie działają naprawdę. :)
OdpowiedzUsuń